FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj




Poprzedni temat «» Następny temat
Podróże
Autor Wiadomość
Malwinka 
Obieżyświat



Dołączyła: 13 Wrz 2004
Posty: 1159
Skąd: z wykopalisk
Wysłany: 25-12-2007, 23:56   

Widze, ze topik sie troche odswieźył :)
Ja na poczatku grudnia odwiedzilam Portugalie, a konkretnie Lisbone. Cudownie było z szarego, zimnego i deszczowego Dublina, po trzech godzinach lotu, znalezc sie w slonecznecznym i cieplym miejscu. Miasto piękne w południowym klimacie, dobre jedzonko /rybki i owoce morza/. Portugalczycy maja 1000 sposobow na przyrzadzanie dorsza. hehe w Irlandii znaja chyba tylko jeden: wrzócenie do głębokiego, gorącego oleju i podanie go potem z frytkami. Po miescie mozna sie poruszac slicznymi jednowagonikowymi, żółciutkimi tramwajami. Warto zwiedzic Castelo Sao Jorge skad widac cala panorame miasta poniewaz wybudowany zostal na wzgorzu. Widoki mozna tez podziwiac z windy św. Justyny.
Przy wszystkich urokach tego miasta mozna jednak zobaczyc cos jeszcze: sporo żebrzących ludzi. Ale pewnie nigdzie wiecej ich nie zobacze jak miejscu, do ktorego wybieram sie juz w marcu: INDIE. Wreszcie spełnie swoje wielkie marzenie i wybieram sie w podroz po Indiach. Mamy juz z kolega z grubsza opracowany plan. Spedzimy tam miesiac, co i tak bedzie malo, ale zobaczymy, jak sobie tam damy rade i czy bedziemy chcieli wracac. Wszak wiadomo nikt nie zostaje obojetny wobec Indii: jedni non stop tam wracaja inni uciekaja az sie kurzy. Jak nie pojade to sie nie dowiem jak jest ze mna :)





_________________
So, how u doinn?
 
 
 
Barbie 
Odkrywca


Dołączyła: 23 Gru 2003
Posty: 1557
Wysłany: 26-12-2007, 23:37   

Jak tylko zobaczyłam, że napisałaś tu nowego posta, to się ucieszyłam na jakieś ciekawe wieści ze świata :wink:
Zdjęcia jak zwykle super. Co tam jesz na drugim? :p
 
 
Malwinka 
Obieżyświat



Dołączyła: 13 Wrz 2004
Posty: 1159
Skąd: z wykopalisk
Wysłany: 27-12-2007, 01:15   

Dziekuje Basiu :) a jem kasztany :P

Sklejka napisał/a:
jAK ja bym chciala pojechac do Egiptu! W poprzednie wakacje bylam w Bulgarii i mieszkalam w hotelu z grzybami na scianach i zasyfiona lazienka.

No cóż trzeba sie z tym liczyć jeśli sie wybiera jedna z tanszych opcji. To samo spotkasz w Egipcie, w Tunezji czy nawet w Grecji /za odpowiednia cene/

ja-marta napisał/a:
Szczerze mówiąc, to spodziewałam się arabów przebranych w te ich stroje wspaniałe, piękne budynki itp., ale jednak całkowicie inaczej jest. W Tunezji udzie ubrani są całkowicie normalnie (żeby zobaczyć takiego araba to do Turcji trza czy tam gdzie indziej, bo Tunezja to już się europejska robi). Ogólnie Arabowie - o tak, są bardzo irytujący, są natrętni, wcisną ci wszystko, będą kłamać byś kupił ich produkt, ale są również przyjaźnie nastawieni, uwielbiają żartować. To jest całkiem inna kultura, wszystko jest inaczej, nie da się ich jednoznacznie ocenić ani na tak, ani na nie.
btw. Fajnie się z nimi handluje

Jakbys sie przejechala w glab kraju to bys zobaczyla ze Tunezja wcale taka europejska nie jest i Arabow w "tych ich strojach" tez. Wybrzeze jest zrobione pod turyste, z tego zyja. Co do Turcji to jest bardziej europejska niz Tunezja. Chyba chca nawet do EU.
To co napisalas odnosnie Arabow jako takich to swieta prawda i dlatego nienawidze z nimi handlowac.
_________________
So, how u doinn?
 
 
 
ja-marta 
Obieżyświat



Dołączyła: 09 Paź 2006
Posty: 793
Wysłany: 27-12-2007, 12:16   

Cytat:
Jakbys sie przejechala w glab kraju to bys zobaczyla ze Tunezja wcale taka europejska nie jest i Arabow w "tych ich strojach" tez. Wybrzeze jest zrobione pod turyste, z tego zyja. Co do Turcji to jest bardziej europejska niz Tunezja. Chyba chca nawet do EU.
To co napisalas odnosnie Arabow jako takich to swieta prawda i dlatego nienawidze z nimi handlowac.

no życie w głębi troszke inaczej wygląda niż na wybrzeżach. Miałam 2-dniową przejażdżkę na Saharę, jednak to za mało, żeby ocenić różnicę.
Co do handlowania - och pohandlowałam zdrowo razem z ojcem. Nazwali nas bandytami i polską mafią (ale tak zwykle do większości mówią), śmialiśmy się z nimi przez godzinę, ale do jako takiej ceny doszliśmy i nabyłam lampę Alladyna :D
_________________

http://leditor.prv.pl/
 
 
 
Paula 
Podróżnik


Dołączyła: 30 Sty 2008
Posty: 218
Wysłany: 09-03-2008, 13:58   Szlakami Lary

Lara odwiedziła wiele krajów. Od mroźnych gór Tybetu po gorące piaski Egiptu :) Założyłam ten temat po to, aby dowiedzieć się które z tych przepięknych miejsc spodobały wam się najbardziej. A może mieliście okazje odwiedzić któreś z nich? Niestety, ja mogę się pochwalić jedynie krótką wycieczką do Włoch i spędzonymi wakacjami w Niemczech :) Pewnie wielu z was marzy o jakiejś długiej podróży w daleki zakątek świata :) Ja bardzo... ;-) No to zapraszam do dyskusji ;-)
 
 
Malwinka 
Obieżyświat



Dołączyła: 13 Wrz 2004
Posty: 1159
Skąd: z wykopalisk
Wysłany: 29-03-2008, 17:50   

Wróciłam wczoraj z Indii Południowych. Trasa moja obejmowała:
Maharashtra / Mumbai / stąd samolotem -> Kerala: głównie autobusami / Ernakulam - Kochi - Munnar - Kumily - Tekkady - Periyar - Kumarakom - Alappuzha - Ernakulam/ stąd 15 godzin pociagiem -> Goa / Panji, Old Goa, Anjuna Beach, Vagator Beach/ 12 godzin rozklekotanym autobusem -> Karnataka / Hampi / stąd wygodnym semi sleeper busem z powrotem do Mumbai'u
tutaj tak mniej wiecej mapka:


Indie nie takie straszne, jak je malują. Co prawda ruch drogowy niejednego wprawia na poczatku w osłupienie, ale szybko mozna sie połapac o co chodzi. Ważne, aby miec klakson. Bez tego raczej nie widoczny jestes na drodze hehe. Jesli zas chodzi o pieszych to glowna zasada: oczy do okola głowy.
Bilet do Idnii to wydatek około 2000 - 2500k PLN (trzeba polowac na okazje czasem mozna cos trafic ponizej 2k), ale samo przemieszczanie sie po Indiach oraz zycie tam jest bardzo tanie. Oczywiscie Indie moga byc bardzo drogie. Jesli sie nie zachowa czujnosci mozna dac sie naciągnąc i przeplacic cos nawet o kilkadziesiat razy. Cene zawsze nalezy zbijac.
tutaj link do wybranych fotek http://grono.net/gallery/5446624/0/
to tyle na razie. Postaram sie w najblizszym czasie opisac zgrubsza, co ciekawego widzialam. A moze macie jakies pytania to smiało :)
_________________
So, how u doinn?
 
 
 
Godbluff 
Praktykant



Dołączył: 07 Lut 2008
Posty: 145
Skąd: W-ch
Wysłany: 29-03-2008, 22:47   

Kurcze, zazdroszczę Ci takiego wyjazdu. Ja też chciałbym to wszystko zobaczyć na żywo, choćby i po to żeby sprawdzić czy jest tam tak jak to nasza telewizja obrazuje. Z tego co słyszałem to panuje tam bieda i ludzie żyją w raczej ciężkich warunkach. Domyślam się, że grono zamożnych żyje sobie znakomicie, zresztą jak wszędzie ale ja właśnie chciałbym zobaczyć jak wygląda tam życie takiego przeciętnego ‘’Kowalskiego’’. Interesuje mnie też jak to faktycznie wygląda u nich sprawa z religią, jak to jest na co dzień z tymi ich krówkami :) . Chciałbym bardzo pozwiedzać też sobie te wszystkie świątynie bo podejrzewam, że mają one Tomb Raiderowy klimacik :)

Jakbyś mogła to napisz jakie są koszta na osobę takiego wyjazdu, powiedzmy na tydzień. Jeśli to nie tajemnica to napisz ile tam byłaś i ile Ciebie taka wycieczka wyniosła. W ogóle to opłaca się bardziej jechać na własną rękę czy przez biuro podróży?
 
 
Malwinka 
Obieżyświat



Dołączyła: 13 Wrz 2004
Posty: 1159
Skąd: z wykopalisk
Wysłany: 30-03-2008, 10:04   

Godbluff napisał/a:
Kurcze, zazdroszczę Ci takiego wyjazdu. Ja też chciałbym to wszystko zobaczyć na żywo, choćby i po to żeby sprawdzić czy jest tam tak jak to nasza telewizja obrazuje. Z tego co słyszałem to panuje tam bieda i ludzie żyją w raczej ciężkich warunkach.

Nasza telewizja /z reszta jak kazda/ wiecej dramatyzuje niz to warte.
Jest to odmenny kraj, kultura, ale czy to oznacza, ze gorszy?
Bedni i bezdomni sa wszedzie na swiecie, a ze Indie to kraj przeludniony moze sie to bardziej uzwnetrznia. np w takim Bombaju zyje ponad 15mln ludzi z czego ponad polowa na skraju obostwa. Przejezdzalam przez slamsy tego miasta i rzeczywiscie ludzie spia, robia pranie, jedza na ulicy. Mieszkaja w jakis budkach zrobionych z czego popadnie lub pseudo-namiotach z wodoszczelnych materialow. Dla nas moze to sie wydawac nie do przyjecia, ale dla kogos kto sie w takich warunkach urodzil i wychowal to normalka. Nie zna innego zycia. Ludzie tam pchaja wozek z codziennoscia i nie powiem, zeby brakowalo im usmiechu. Za to u nas w Polsce sie stale nakrzeka, co by nie bylo.
Jesli chodzi o religie to co zaobserwowalam bedac na Kerali /nie wiem jak to sie ma innych stanach/. otoz na Kerali zyja obok siebie i sie wzajemnie toleruja wszystkie religie. Na tym samym podworku widzialam stojacy kosciol i meczet. Co prawda jest to troche meczace gdy do poznej nocy rozbrzmiewaja na cala okolice modlitwy hinduskie a potem o 5 rano muzulmanie zaczynaja nadawac. Ale da sie przyzwyzaic.
Krowki sa bardzo fajne, łagodne i spaceruja sobie gdzie im sie podoba wydajadajc smakołyki ze smieci :)
Godbluff napisał/a:
Chciałbym bardzo pozwiedzać też sobie te wszystkie świątynie bo podejrzewam, że mają one Tomb Raiderowy klimacik

O tak swiatynie, a szczegolnie te zabytkowe to istny raj dla wielbicieli tomb raider'a :) goraco polecam.
Godbluff napisał/a:
Jakbyś mogła to napisz jakie są koszta na osobę takiego wyjazdu, powiedzmy na tydzień. Jeśli to nie tajemnica to napisz ile tam byłaś i ile Ciebie taka wycieczka wyniosła. W ogóle to opłaca się bardziej jechać na własną rękę czy przez biuro podróży?

Absolutnie nie jedzie sie do Indii na tydzien. Po pierwsze nic nie zdarzysz zobaczyc, a bilet jest na tyle drogi /bo ponad 2k PLN/, ze to sie nie oplaca. Odleglosci sa tam ogromne, a taka przejazdzka autobusem 150km to okolo 4-5 godzin jazdy. Takze samo przemieszczanie pochlania jeden dzien. Oczywiscie nie nalezy zapominac, ze przemieszczanie sie jest sensem podrozowania ;)
Samo zycie tam jest tanie, a nawet bardzo. Koszt nocelgu na jedna osobe to wydatek rzedu 15 PLN za dobe i to nie w jakiejs norze tylko masz pokoj z lazienka, telewizorem, czysta posciela. Porzadny obiad mozna zjesc za 6PLN a nawet mniej zalezy gdzie. Oczywiscie w wiekszych miastach moze byc troche drozej i tych nalezy unikac.
Poruszanie sie srodkami lokomocji rownie jest nie drogie np, za podroznych sypialnym pociagiem z Kochi na Goa okolo /900km/ zaplacilam mniej wiecej 30 PLN z miejscowka. hehe za taka cene to ja z Wawy do Łodzi nie dojade /133km/
Najwiecej to chyba wydaje sie na browary /oczywiscie jak ktos lubi/. Taka butelka piwa choc 0,65l to nie rzadko wydaetk 2x wiekszy niz sam obiad a wiadomo, ze czesto na jednym sie nie konczy. Wynika to z wysokich podatkow na alko.Piwko doskonale daje rade w upały :P
Ja bedac w Indiach ponad 3 tygodnie wydalam okolo 800$, ale pokreslam ze niczego sobie nie zalowalam /taka juz ze mnie rozrzutna bestia/ No i mialam 2 duze wydatki extra typu luksusowy houseboat okolo 150pln oraz jungle safari jeepem okolo 120pln.
Kategorycznie odradzam jechanie z biurem pozdrozy. Za pieniadze ktore zaplacisz w biurze podrozy na 2 tygodnie samemu mozesz podrozwac duzo, duzo, duzo dluzej i nikt ci nie narzuca gdzie i kiedy masz jechac. Robisz co chcesz. Z reszta z tego o widzialam to na takich zorganizowanych wyjazdach przecietna wieku to 60 lat wiec torche przesrane w takim towarzystwie.
Oczywiscie sa wyprawy/trekkingi mlodzieżowe ale to nadal wychodzi bardzo drogo, bo okolo 8k PLN na miesiac + wlasne wydatki.
Z reszta na wlasna reke duzo, duzo ciekawiej i przygoda :jumper:
_________________
So, how u doinn?
 
 
 
ja-marta 
Obieżyświat



Dołączyła: 09 Paź 2006
Posty: 793
Wysłany: 30-03-2008, 12:51   

Chętnie wybrałabym się do Indii. Miałam szansę wyjechać na 3 miesiące, ale niestety nie pojechałam. Nie ukrywając powiem, że wypad był ze szkoły :D Co 2 lata dyrektor organizuje wyprawy głownie do Indii, gdzie oprócz zwiedzania pomaga się biednym. Raz na przykład pomagaliśmy budować szkołę po tragedii jaka się zdarzyła w 2004 (tsunami). Cel jest zaiste wspaniały i taka wyprawa to marzenie każdego. Jednak nie każdy może sobie na nią pozwolić. Droga do wyjazdu jest bardzo długa i żmudna.
http://windiach.arcik.net...56_p9140856.jpg

Ale na własne podróże nie narzekam :D Na weekend majowy rodzice planują wypad do Egiptu. Chociaż dla mnie masakrą jest zwiedzanie tego kraju w tydzień. I jak tak pomyślę: tydzień z biura podróży, ograniczone ruchy (słyszałam o obecności wojska), przy czym nocleg kilkaset km od Kairu... istna paranoja... Tak więc trzeba pomyśleć nad innym krajem, a Egipt poczeka lub znaleźć coś bliżej Kairu.
_________________

http://leditor.prv.pl/
 
 
 
Godbluff 
Praktykant



Dołączył: 07 Lut 2008
Posty: 145
Skąd: W-ch
Wysłany: 30-03-2008, 21:35   

Malwinka napisał/a:
Odleglosci sa tam ogromne, a taka przejazdzka autobusem 150km to okolo 4-5 godzin jazdy.


No to widzę, że osiągają zawrotne średnie prędkości (30-40km\h) :hehe:

Malwinka napisał/a:
Najwiecej to chyba wydaje sie na browary /oczywiscie jak ktos lubi/. Taka butelka piwa choc 0,65l to nie rzadko wydaetk 2x wiekszy niz sam obiad


:? Oj to jednak będę musiał jeszcze raz przemyśleć ten wyjazd ;)


Faktycznie z tego co piszesz to finansowo nie jest źle. W necie widziałem bilety nawet za 500$
Jednak w najbliższym czasie to do Indii będę mógł pojechać co najwyżej palcem po mapie. Cóż trzeba będzie zadowolić się Chorwacją…

Jak możesz to wklej tu jakieś ciekawe fotosy z Twojej wyprawy. Ten link co podałaś jakoś nic nie pokazuje.
 
 
Malwinka 
Obieżyświat



Dołączyła: 13 Wrz 2004
Posty: 1159
Skąd: z wykopalisk
Wysłany: 31-03-2008, 17:06   

Mozna ewentualnie sprobowac teraz tutaj http://pl.fotoalbum.eu/Mal/a41955
:|
_________________
So, how u doinn?
 
 
 
CyanideDeath 
Nowicjusz



Dołączyła: 26 Sie 2008
Posty: 1
Skąd: Piekary Śląskie
Wysłany: 26-08-2008, 17:31   

Ja niedawno wróciłam z Węgier :) . Nie napiszę, że świetnie się bawiłam, ponieważ byłam tam już piąty raz i wszystko co można było zwiedzić już zwiedziłam. Jedyne co mi pozostało to chodzenie na baseny i odpoczynek przed nadchodzącym, nowym rokiem szkolnym :P .

Mam nadzieję, że za rok namówię rodziców na spędzenie wakacji w Egipcie :) , albo Tunezji. Jednak bardziej pasowałaby mi ta pierwsza opcja :D . No cóż, jak narazie mogę sobie pomarzyć i oglądać zdjęcia w Internecie :D .

[ Komentarz dodany przez: Paciej: 26-08-2008, 19:34 ]
Masz bardzo ładny cytat w podpisie :) .
_________________
"To możliwość spełnienia marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące".
 
 
 
vicealigator 
Nowicjusz


Dołączył: 02 Paź 2008
Posty: 1
Wysłany: 02-10-2008, 16:04   

Zapraszam na wirtualne podroze:
do Skandynawii
http://vicealigator.geobl...awskie-impresje
i krajow baltyckich
http://vicealigator.geobl...a-po-pribaltice
 
 
Hrithik_Roshan 
Obieżyświat



Dołączył: 04 Gru 2006
Posty: 1313
Wysłany: 02-10-2008, 21:36   

Ja na wakacje pojechałem dookoła bloku i z powrotem.

Zawsze mam tyle planów i wszystko męski członek strzela.
W tym roku mieliśmy lecieć do Anglii, a tu dupka nie wypaliło, bo moja mamusia nie dostała urlopu, a synka samego nie chciała puścić (tak się zastanawiam czy z troski, czy z zazdrości).
W każdym razie wojaż za granice nie udał się i w tym roku, rekompensatą były krótkie wycieczki krajoznawcze po Polsce, ale ileż można.

Na swoją wyprawę marzeń mam kilka typów:
Nepal, Indie, Tybet, Kambodża.
Jeśli chociaż do jednej wycieczki dojdzie to będzie drugi cud nad Wisłą.
_________________
"wiara jest rozjebana"
 
 
Igi^MBE 
⌖⌖⌖⌖



Dołączył: 11 Gru 2003
Posty: 1987
Skąd: Łódź
Wysłany: 03-10-2008, 12:51   

A czy komuś jeszcze oprócz mnie marzy się by wsiąść w pociąg i się przejechać? Ale nie, nie taki zwykły pociąg, tylko odjeżdzający z Moskwy i kończący bieg we Władywostoku? Jedyne 8 stref czasowych i prawie 10tys kilometrów :) Po drodze machnąć postój nad bajkałem i wrócić :) Ahh marzenie :)
 
 
 
Jaunty 
Obieżyświat



Dołączył: 26 Lis 2004
Posty: 1124
Skąd: Getto Północ
Wysłany: 03-10-2008, 13:02   

Igi -> O identycznym pomyśle słyszałem już od byłego chłopaka mojej kuzynki oraz od własnego brata. Dziwnym trafem takie rzeczy przychodzą do głowy tylko mężczyznom :) . Nie wiem co w tym wszystkim ma być tak naprawdę najfajniejsze: oglądanie tysięcy zmieniających się widoków za oknem, poznawanie dziesiątek przypadkowych osób, czy dwutygodniowe chlanie wódy w zasmrodzonym przez siebie wagonie :P .

Btw. Mój znajomy tak kiedyś zabalował, że rano obudził się w... pociągu jadącym na Węgry. Tak mu się razem z kolegą spodobała wycieczka, że dojechali do końca trasy, robiąc po drodze jedną wielką libację :D .
_________________

 
 
 
jolajola1 
Praktykant



Dołączyła: 26 Cze 2006
Posty: 118
Skąd: stolyca
Wysłany: 26-12-2008, 16:03   

za 2 i pół godziny mam samolot do Afryki !

egipt, hurgada, rafy, dolina królów, karnak, miejscowe alkohole,
zamierzam chodzić w mini i kusić ręce arabów
jazda na wielbładach po pustyni, głaskanie skorpionów i krokodyli
i nie wiem, co jeszcze....
 
 
 
jolajola1 
Praktykant



Dołączyła: 26 Cze 2006
Posty: 118
Skąd: stolyca
Wysłany: 29-12-2008, 21:20   

26 grudnia
Drugi dzień Świąt. Koło 14 ruszamy samochodem z Warszawa do Katowic, Pyrzowic. Jeszcze z miasta nie wyjechaliśmy, gdy brzdęk! mandat 2 stówy za przekroczoną prędkość... jakby było mało złych znaków.
Bo w Święta mój mąż się ciężko rozchorował, dzieci olały przedświąteczną pomoc i zmęczenie i w ogóle...
Ale nic. Jedziemy. Śnieg prószy. Zimno.
Jedziemy. Ja i mój Pan i Władca, synek w wieku prawie dorosłym i córunia niedorostek.
W Katowicach zostawiliśmy samochód na parkingu. Sam został wśród obcych samochodów, wcale ich nie zna i stał taki zawstydzony w pewnym oddaleniu. Poklepaliśmy go na pożegnanie.
Pan i Władca egzystuje na gripeksie i acodinie i zinnacie, córce zaczyna się przeziębienie z katarem....
Co jeszcze będzie źle....?
W baltonie na wolnocłówce nie ma szampana, para z kolejki, stojąca przed nami, wzięła ostatniego. W kasie w Keranicie nie przechodzą karty płatnicze, gotówkę trzeba było naruszyć. Wrrrr.
Samolot Lotus Air, załoga po polsku tylko dzień dobry i dowidzenia. Z okien samolotu widać małe zwały śniegu, odgarnięte z pasa, sypie....
A przy lądowaniu tez powyżej pasa widać... pustynne kamyki, kamienie, piach.
Jesteśmy w Hurgadzie. Przy lądowaniu samolot wykonał... nie, nie typowego kangura, tylko lekko go zawinęło najpierw w jedną, potem w drugą stronę. W poślizg wpadł, czy co ? Polskosamolotowe brawa dla kapitana zabrzmiały tym razem ze znacznym opóźnieniem, i jakby ciszej.
Po wyjściu z samolotu przede wszystkim WIEJE zimny wiatr. Co prawda jest 19 stopni, to nie mroźny śnieg w kraju, ale zawsze... to Afryka, człowiek liczył na gęste uderzenie upału.
Autokar po różnych hotelach porozwoził „wczasowiczów”, nasz hotel ostatni. Jest 2:30 w nocy, ponad 12 godzin podróży.
A po drodze, przy wcześniejszym hotelu, na chwilę wyszliśmy z autokaru, a tam w menu baru hotelowego była Polonez Pizza, z mielonką!!!
Recepcjonista nie chciał wziąć bakszyszu, może córka nie potrafiła dać. Boy zaprowadził nas do pokoju to już był ostateczny upadek. Okna się słabo otwierają, fugi między kafelkami w przedpokoju jak surowa zaprawa cementowa, brudnawe i kostropate i jeszcze światło jest tylko w łazience w pokoju moim i męża. Łóżka osobne. W z balkonów widok na wąską uliczkę i okna drugiego budynku hotelowego na niemalże wyciągnięcie ręki. Siadłam w półmroku w korytarzu prawie załamana..... Drinka sobie zrobiłam. Nawet już mi się nie chciało rozbierać.
Degrengolada, depresja i w ogóle!
Najpierw ruszyło syna z pokoju obok, po 20 minutach wspólnego daremnego czekania na facia od elektryki. Poleciał labiryntem korytarzy i przejść do recepcji, pogonić. Nie ma go ponad 10 minut. Wtedy córka dostała pianki na paszczy i lekko ziejąc ogniem poleciała za nim.
Wrócili po 20 minutach – przenosimy się.
Za 20 dolców załatwili studio?, apartament?, salon po byku, 2 oddzielne sypialnie, nasza z wielkim łóżkiem i garderobą, aneks kuchenny, 2 balkony i widok na wielkie hotelowe patio z 2 okrągłymi basenami.
CUDO!
Nalaliśmy sobie radosne drinki, dzieci tez dostały, córka wyszła spod prysznica, siedzimy i gadamy, spać ze zmęczenie się już nie chce. I nagle mąż nas woła z balkonu, bo wyszedł palić.
Stoimy razem na balkonie o 5 rano i słuchamy odzywających się z kolejnych meczetów muezin. I te baseny z palmą na dole...
Cudo! Wszyscy wzruszeni czymś niezwykły, nierzeczywistym dla nas. Egzotycznym. Jeszcze nigdy nie przeżytym.
 
 
 
jolajola1 
Praktykant



Dołączyła: 26 Cze 2006
Posty: 118
Skąd: stolyca
Wysłany: 29-12-2008, 21:28   

27 grudnia
Rano prawie przespaliśmy śniadanie. Mimo, iż końcówka, to znaleźliśmy każde coś dla siebie. U rezydentki zamówiliśmy wycieczkę, do Luxoru i Karnaku. Potem poszliśmy przed siebie, córka blondi, włosy długawe i wijące się, więc ją wciąż zaczepiali, od Szakiry wyzywając. Synek prawie z każdym sprzedawcą nawiązywał przyjacielskie kontakty.
Trafiliśmy na plażę współpracującą z naszym hotelem, 3 niewielkie baseniki, leżaki, parasolki, parawany. Woda w morzu lodowata, ale super przejrzysta. Ryby duże, na Mazurach pewnie by się nadawały do łowienia, brzuchy miały srebrzyste, a grzbiety w kolorze szarych przybrzeżnych kamieni. Przyleciało jakieś wielkie ptaszysko, czapla siwa jakby, tylko duuuuża. Pospaliśmy się na leżakach, w słońcu, za parawanami. Aż parasolki zaczęły na nas puszczać cień, a wtedy zrobiło się na tym wietrze mocno chłodno.
Wróciliśmy więc do hotelu, jakieś zakupy po drodze, znowu córkę zaczepiali, chyba każdy młodszy Egipcjanin, sklepowi i knajpowi naganiacze, poganiacz wielbłąda. Aż sobie w złości okręciła głowę i włosięta arafatką, bo już przejść spokojnie nie mogła. Durnowata, jak jej zostały gołe jasne nogi i oczy wściekle błękitne pod ciemną arafatką, to i tak wyglądała jak żywe kuszenie.
Potem jakieś pitne zakupy na jutrzejszą wycieczkę, jakieś małe pamiątki, duperele. Lidl przedziwny, bez cen na produktach, bez czytnika kodów paskowych, sprzedawca koszty podliczał na kalkulatorze, hłe, hłe.
Syn został, jakieś damskie towarzystwo poderwał.
A potem poszliśmy na wycieczkę.... i się zgubiliśmy. No, nie od razu. Zaczarował nas minaret, meczet na tle morza, potem białorudy kot, potem uliczka tylko z renowacją mebli
I tapicerami. Tu kupiliśmy koc, bo w nocy trochę pod jednym kocykiem zmarzliśmy. Widziałam w domu na góglach mapowych, ze w mieście są małe kamieniste wzgórza, postanowiliśmy pójść dookoła jednego... A mówiłam w Lidlu, żeby kupić plan miasta!
Zamiast jednego wzgórza, okazało się to być ciągiem wzgórz...
Początkowo było miło, fryzjer, najpierw jeden, potem następny, zapraszali mojego męża na fotel. Hihi, od wakacji sobie hoduje plerezę i wygląda, jak marzenie męskiego fryzjera. Potem był sklep zielarski, kupiliśmy zioła, suszoną cytrynę, herbatę różaną, wściekle pachnący pieprz i listki laurowe i szafran, tani jak przysłowiowy barszcz. Potem kazałam się córce targować i potem było rzucanie towarem na podłogę (to córka) i szarpanie turbanu (to zielarz) i gniew mojego męża. Koniec końców dostaliśmy jeszcze 3 paczki trociczek i wszyscy byli zadowoleni, zielarz żegnał się z nami wylewnie i uśmiechnięty . Potem była sklep z sziszami, tu córka targowała dla siebie, dwóch sprzedawców skakało wokół niej, jeden biegał do kumpla po specjalny rodzaj tytoniu. Nie szisza z taśmy, tylko każda część dobierana osobno, nie aluminium, tylko blacha napylana na srebrno. Nastąpiło szukanie uszczelek, pasujących kolorystycznie wężyków, kołpaków.... ja nie wchodziłam do sklepu, z zewnątrz miałam widok na ten cyrk. Trwało to ponad pół godziny.
Zainteresował się mną sprzedawca strojów do tańca brzucha, ze sklepu naprzeciwko, niemówiący po angielsku. (zresztą ja też nie). Najpierw namawiał, przynosił „sukienki”. Uśmiechałam się tylko, kręcąc głowa odmownie. Zrezygnował, ale po chwili przyniósł mi krzesło, abym mogła wygodnie czekać na targi nad sziszą.
Pod koniec, gdy tamci już byli prawie pewni sprzedaży, powiedziała, że ona tego nie bierze, bo w Europie, w Warszawie, może kupić takie samo za prawie tyle samo. Piorun w nich strzelił. Dołożyli jeszcze posrebrzane szczypce do węgli. I niemalże całowali ją po rękach, gdy kazała zapakować. Acha, jeszcze dostała gustowną torbę z przegródkami na to wszystko. Mężowi mojemu gratulowali „ostrej córki”, mówili, że gdyby chciała kiedyś w Europie handlować ich rzeczami....
Ale przez ten czas handlu na ulicy, uliczce zapadł zmrok. Muezin znowu wołał na modlitwę. Na ulicy coraz więcej było facetów w sukienkach, gablajach, coraz więcej kobiet na czarno, już nie tylko w chustach, ale miały takie czarczafy podpinane na środku czoła, ze im tylko oczy było widać. Ja miałam na sobie spodnie długie typu szarawary i wokół całości od karku udrapowany długi szal, zwisał mi i powiewał. No i byłam z mężem. Ale córka była w jasnych obcisłych spodniach, koszulka na ramiączkach, kusy sweterek i goła szyja i góra torsu i tylko arafatka. Dobrze, ze nie miała tych powiewających włosów.
Bo nam się nie chciał wracać po własnych śladach, poszliśmy dalej, teoretycznie dookoła wzgórza, praktycznie w głąb starej dzielnicy. Trafiliśmy na suk a potem uciekły mi z umysłu kierunki. Oni mówili, że w lewo, cały czas w lewo, mi się wydawało, że jednak w prawo, ale nie byłam pewna. Ja, która się nigdy nie gubię....
Ulice już nie miały latarń, tylko blask ze sklepików, warsztatów, męskich kawiarń. Ulice już nie miały bruku, tylko glinę z kamulcami wystającymi. Kobiety tutejsze chodziły tylko grupami, coraz więcej mężczyzn. Coraz mniej „cywilizowanych” sklepów, tylko kawiarnie, jadłodajnie, szewcy, ręczne przewijanie silników, falafele. I coraz dziwniejsze zachowanie ich w stosunku do nas. Już nie zapraszanie do zakupów. Starsze dzieciaki i podrostki, tak max 17 lat, pokazywali nam za plecami faki, dzieci podbiegały i prawie szarpały za ubranie, krzycząc, że córka źle wygląda, starsi spluwali. Mój Pan i Władca był coraz bardziej zdenerwowany, wiedziałam, że jeśli nie wrócimy do cywilizacji, to w końcu wybuchnie i będzie źle, bo „wróg był przeważający”.
Miałam dosyć. Odzyskałam kierunek, to stres mnie zmobilizował. Kazałam im się zamknąć, odeszliśmy od końcówki suku, weszliśmy w uliczki mieszkaniowe, ale już czułam, że jest lepiej. Jeszcze 15 minut, jeszcze 2 razy w prawo i pokazały się oświetlone ulice. Znowu chcieli w lewo, ale po prawej przejechała pomarańczowoczarna miejscowa taksówka. A za następnym rogiem w lewo pokazała się taksówka stojąca. Jeszcze krótkie targi, takie z trzaskaniem drzwiami i obrażaniem się i pojechaliśmy.
Najpierw w prawo, oni zaczęli coś mówić..... zaniemówiłam, ale na najbliższej nawrotce taksiarz zawrócił, pojechaliśmy w lewo. 10 minut samochodem i już wszędzie cywilizacja.
Uf. Ufffff.
Wieczorem dzieci poszły jeszcze do pubu. Myśmy się oddali „innym” zajęciom.
Dzieci wróciły po 23. Zadowolone, bo odstawili jakiś szoł. Razem z braekdancerem na scenie. Oboje są wygimnastykowaniu, córka ćwiczyła akrobatykę. Więc ona robiła gwiazdy, a oni tańczyli breakdanca w tle.
 
 
 
jolajola1 
Praktykant



Dołączyła: 26 Cze 2006
Posty: 118
Skąd: stolyca
Wysłany: 29-12-2008, 21:30   

28 grudnia
Telefon budzikowy zadzwonił o 3:30, ja wstałam 5 minut wcześniej. Półprzytomne mycie, ściąganie z łóżek reszty rodziny, teraz grubsze ubrania, ale w przepastnej torbie są ciuchy na upał. Jeszcze tylko wsadzić laptop do sejfu i wziąć pudełka z suchym prowiantem. Autobus wycieczkowy spóźniony tylko 7 minut, zbierał chętnych z 5 hoteli, nasz był 2, więc mieliśmy multum miejsc do wyboru.
Zasnęliśmy wszyscy, przespaliśmy wszystkie hotelowe postoje. Obudził nas dopiero polskojęzyczny przewodnik, który wsiadł za ostatnim hotelem, na skraju pustyni. To Egipcjanin, magister polskiej archeologii. Nie od razu rozruszał towarzystwo, tylko się przywitał, przekazał plan wycieczki i kazał spać. Obudził nas znowu kilka minut przed pierwszym postojem w oazie. Ze 20 autokarów, wucety, barki. Cieplej, wyszliśmy z autokaru już bez polarków. Mnóstwo miejscowych w „ludowych” strojach, osły, wielbłądy, małe kózki, mnóstwo dzieci. I wszyscy wyciągają ręce po bakszysz, oferując możliwość zrobienia sobie zdjęć z nimi. Ja strzelałam zdjęcia ukradkiem, z biodra. A najbardziej podobały nam się psy, trochę w stylu dingo, szczupłe, na wysokich nogach, z gęstą sierścią i takimi lisimi pyskami. Taki jeden rudy pies podstawiał wciąż pysk do głaskania.
Tymi popsimi dłońmi potem jadłyśmy śniadanie z paczki. Trudno. Ale chyba „choroba faraona” nam już nie grozi, zresztą jadłyśmy już tutejsze owoce wczoraj.
Znowu spać. Za oknami pustynia kamienista, góry pustynne, kawałkami pustynia piaskowa, słońce coraz bardziej grzeje przez szybę.
Znowu nas przewodnik obudził, dojeżdżamy już do terenów zalewowych Nilu. Nareszcie drzewa i zieleń. A potem Luxor!
(Uwagi dla tych, co nie wiedzą)
W odległych czasach dzieciństwa i młodości marzyłam o studiowaniu archeologii śródziemnomorskiej, zaczytywałam się książkami Kosidowskiego, mity - sumeryjskie, egipskie, greckie, etruskie... - pochłaniałam wielokrotnie. Rzeczywistość zniweczyła te plany, ale miłość do starożytności pozostała
W mniej odległych czasach pokochałam Tomb Raidera. To taka gra z Larą Croft, i nieważne, że bohaterką jest archeolog w spódnicy. Ważne było od pierwszej gry, że znaczna część akcji rozgrywała się w moich wyśnionych miejscach. Do dziś znam na pamięć pierwsze egipskie lokacje.
Zresztą zauroczenie tą grą pozostało mi na lata. Było... jest na tyle wielkie, że ... prowadziłam jakiś czas polską oficjalną stronę internetową, poświęconą tej grze, a nawet przez prawie rok była tej strony rednaczem.
I nagle znalazłam się wewnątrz bajki.
Byłam w Karnak!!!!
Byłam w miejscach, które wielokrotnie przebiegałam, penetrowałam Larą. To znam i to przejście też, tu w tym pomieszczeniu zwaliłam kiedyś lawinkę piasku, a tu mnie goniły czarne skorpiony..... wrażenie niesamowite. A w tym znanym Tajemnym Jeziorze ścigałam się z krokodylami, nawet schody nabrzeża są dokładnie takie same....
Strażnik, bileter... a może to była jakaś inna istota?... obok mnie stała moja blondwłosa córka, a strażnik, który przedarł mój bilet, powiedział do mnie: Witaj w domu, księżniczko i zapraszam. To nie jak deja vu, tylko jakby mnie sama ziemia tutaj powitała z powrotem.
Wiem, ze to wszystko mętne i niemożliwe, ale się zdarzyło, córka patrzyła na mnie z wielkim pomieszaniem.
Karnak to świątynia boga Amun-Ra, tu sobie mieszkał przez większą część roku, tylko na jeden miesiąc drogą lwów był przenoszony do Luxoru, do boskiej małżonki Mut i do syna Khonsu. A potem wracał do Karnaku Nilem. Boska Żona nigdy do niego do domu nie przyjeżdżała. Naiwna kretynka....
Z lewej strony za aleją lwów jest trójwejściowy budynek, taki sam jak w pierwszej Karnakowej lokacji, wchodziłam tam przecież wielokrotnie... a teraz byłam naprawdę, też trzy wejścia, odruchowo wzrok poszukiwał ukrytego przejścia do przeczołgania się, tak jak kiedyś w grze... to świątynia Setiego, nie znałam wcześniej nazwy, ale budyneczek znałam. Cały pobyt w Karnaku był taki, ledwo słyszałam, co mówi przewodnik, mi w uszach grała muzyka z pierwszego Tomb Raidera, pomieszanie rzeczywistości i marzeń i fikcji. Kolory fresków i ornamentów też takie, jak w grze, ciemnoseledynowe, kremowe, czerwone, niebieskie, znajome kształty kolumn, ja się przecież Larą po nich wspinałam.
No, skorpionów nie było. Chyba uciekły z tego miejsca. Albo wyginęły. Albo ten wycieczkowy tłum je zadeptał.
Przewodnik powiedział jedną rzecz, której o hieroglifach nie wiedziałam. Jeżeli na górze jest sowa, ptak i ma łepek odwrócony w którąś stronę, to od tej strony się czyta pismo. A jeśli ptaszysko patrzy na wprost, to wtedy to nie jest pismo, tylko ornament, ozdoba albo historyjka obrazkowa, starożytny komiks.
Po „programie obowiązkowym” dostaliśmy czas wolny. Syn wlazł na jakiś kamień i zaczął szkicować, rysować, ołówek mu furczał tylko. Resztę rodziny przegoniłam aż do końca dostępnego dla publiczności Karnaku, aż za wał z cegieł mułowych, suszonych w słońcu. Daliśmy bakszysz żołnierzom, wpuścili nas na ten mur, wał, czymkolwiek to kiedyś było. Panorama całego Karnaku oszałamiająca. Zdjęcia robiliśmy, aż się żołnierze zbuntowali i zaczęli syczeć, żebyśmy zeszli, zanim nas ktoś zauważy.
Powrót szybkim krokiem. Z córka odbiłyśmy do sklepików, koniecznie chciałam kupić przewodnik po tutaj. Opadli nas sprzedawcy, jak muchy. Córka się targowała, zmuszała takiego jednego do włażenia na drabinę w poszukiwaniu polskiej wersji.
A potem bieg, kłus, galop do autokaru. Nagle dżinsy okazują się zbyt obfitym ubraniem, sweterek cienki lepi się do spoconej szyi. Spóźniłyśmy się, całe 7 minut. Przewodnik mruczał. Ale że to młody człowiek, to przestał mruczeć, gdy i ja i córka go pogłaskałyśmy po ramieniu, przechodząc... hihihi
Przebieramy się, szorty i koszulki ramiączkowe, syna i męża też namówiłam. Coraz większy upał, wiatru prawie w ogóle nie ma.
Krótka jazda, na lunch, obiad. Znowu zrobiłam kłopot przewodnikowi, pytając o bankomat. Wołał jednego Selima, potem Alego. Nie wiedzieli, gdzie bankomat. W końcu dzieciak, chłopaczek może trzynastoletni został moim przewodnikiem. Opiekunem. Przy przejściu przez ruchliwą ulicę niemalże trzymali mnie za rękę. Jeden bankomat nieczynny, żołnierz stoi z kałachem przy wejściu, barierka. Pogadali ze sobą i okazało się, że musimy zejść z deptaku nadnilowego, wejść w uliczki. A tam już nieturystyczna atmosfera. Po kilku gwizdach i złych spojrzeniach poczułam nieodpartą potrzebę zakrycia czegokolwiek, gołych nóg, ramion, włosów. Okręciłam się jednym z moich ukochanych powłóczystych, zawsze-pod-ręką szali. Trochę pomogło. MUSIAŁAM znaleźć bankomat, przez brak własnej kasy w Karnak nie kupiłam sobie granitowego skarabeusza, a taki był śliczny.
W końcu w Savoyu, doszliśmy do niego od tyłu, dziwnie, był czynny bankomat, też strzeżony przez żołnierza (!?). Potem powrót do knajpy naNilowej, obiadek na szybko, zimne normalne piwo. I już przewodnik zgania wycieczkę do łódek.
Tym razem ostatni, prawie spóźniony, był mój synek. Pokłócił się z córką, jak po obiedzie poszli sikać i ona go zostawiła w wucecie niezapłaconego, za karę chyba.
Oj, ma z nami kłopociki przewodnik, hłe, hłe. Zapamięta nas. Na pewno!
Przepłynęliśmy łódkami-chybotkami przez Nil. Krótko. Łódki miały silniki dwusuwowe, dym był jak ze starych syrenek.
Obecności krokodyli nie zauważono. A szkoda, nasypałabym takiemu soli na ogon. Dla satysfakcji.
Krótka droga autokarem do Kolosów Memnona, zrobiłam córce śmieszne zdjęcie. Opiera się plecami o kolana jednego z nich, głowę opierając o kolana. Przewodnik powiedział, że teraz tylko jeden z Kolosów śpiewa nocami, ten nieodbudowany. Przy rekonstrukcji drugiego nie zostawiono odpowiednich szczelin dla wiatru.
Potem zawieziono nas do fabryki alabastrów, pokazywano różnice między robotą maszynową a ręczną, między gipsowymi podróbkami, a granitem. Dobrze, że wczoraj przy sziszy nie kupiłam jajka alabastrowego, ono było za ciężkie, maszynowe....
Potem pojechaliśmy do świątyni Hatszepsut, to ogromna budowla w zboczu góry. Ileż lat to budowano?... Zwiedzanie samodzielne, przewodnik powiedział do grupy, co wiedział i został z kumplami na stacji wagoników. Wnętrza tej świątyni też znam (z ukochanej gry), te hieroglify, pomieszczenia, podwórzec, te dekoracje, przedstawiające Hatszepsut jako córkę bogini miłości i boga... zapomniałam.
Tym razem nikt z nas się nie spóźnił na zbiórkę. Aż dziw.
Pojechaliśmy do Doliny Królów. Przez kretyńską scysję z synem nie kupiliśmy dodatkowego biletu do grobowca Tutenkhamona. (Niby dorosły, a czasem zachowuje się jak sześciolatek, wrrrrr.) Więc byliśmy tylko u Ramzesów, szóstego, czwartego i dziewiątego. Dotknęłam ręką płaskorzeźbionych hieroglifów na sarkofagu Ramzesa czwartego i natychmiast derwiszopodobny strażnik powiedział „dont tacz”. Cholerka, a cóż to zabytki, których nie można pomacać? Zupełnie, jak 3 lata temu na Akropolu, tam też wciąż było słychać „dont tacz marbl”.
I te oszałamiająco żywe kolory po tylu tysiącach lat. I osmalenia od pochodni, z czasów gdy grobowce odkrywano. I sowy na szczycie rządków hieroglifów. I WSZYSTKO!!! Znowu czułam się jak w bajce, grze, nierzeczywistości, która na mnie od lat czekała.
Acha, w grobowcach jest zakaz robienia zdjęć. I co? Polak niepokorny? Młode małżeństwo uparło się i zrobili zdjęcie. Potem awantura, karą jest kilkaset dolarów. Znaczy facet zrobił, a awantura objęła oboje. Stała, słuchała i widać było, że jest jej kosmicznie głupio.
Heh, a mnie też kusiło.
No, oni wykpili się w końcu bakszyszem, znacznie niższym niż kara, ale nie było miło.
Wróciliśmy do Luxoru, do muzeum papirusu. Robione na stare wisiały i takie, jak najbardziej współczesne. Wszystkie piękne. Dotykałam prasy papirusowej, prymitywna, jak pierwsze drukarskie. Córce spodobał się najpierw kot bogini Basket, mi mały niebieski skarabeusz, ale chciałam bez złotej ramki. Zajęłyśmy trzech sprzedawców, szukali i przynosili wciąż nowe. Trwało to tak długo, ze prawie cała wycieczka wyszła i już w niektórych miejscach wystawy gaszono światła. Przyszedł nasz przewodnik, zobaczyć, czy wszyscy wyszli. A my właśnie kończyłyśmy wybierać (szary Anubis dla niej i kakaowy skarabek dla mnie) i córka się targowała, żeby oprócz upustu 20% „dla wycieczki” opuścili coś więcej. Przewodnik rwał niemalże włosy z głowy i stukał pięściami w bezsilności w ladę. Ja też stukałam w ladę i tupałam nogami, z gniewem, żeby szybciej ona zakończyła targi i z napięciem, że MUSZĘ mieć ten papirus i że bez niego się nie ruszę.
No tak, ten młody Egipcjanin na pewno nas zapamięta, tyle miał z nami dzisiaj „kłopotów”.
We trójkę biegliśmy do autokaru.
Droga powrotna długo wiodła po terenach rolniczych, mijaliśmy osiołki, chude krowy, coraz więcej kobiet na „ulicach”. Taki jeden fellach, z fantazją, miał do swojej minifurki zaprzężone 2 osiołki i ogniście powoził.
Przy wielu skrzyżowaniach stały patrole wojskowe, część nowa, ale część „osiadła”, z zabudowaniami, wieżyczkami dla strzelców. Kontrole drogowe, stoi szykana i wojacy przepuszczają tylko po kilka pojazdów na raz z każdego kierunku. I nikt nie protestuje, nie ma awantur w mini korkach, jakie się od razu robią, nie ma pomstowania na zawalidrogi. Dziwne.
A potem zmrok, sen do oazy. Z biodra robiłam zdjęcia dzieciom z osiołkiem, pokazałam malej dziewczynce, jak ona wygląda. Ale zdybał mnie 10 latek, po tym, jak go sfotografowałam tańczącego. Przybiegł i szarpał za rękaw, bakszysz wołał. Sięgnęłam do kieszeni z drobnymi, miałam 1 funta tutejszego i centy eurowe, dałam mu garścią wszystko. Wydłubał ze stosiku funta, a miedziaki ze wzgardą i obrzydzeniem zwrócił. Chichotałam, wchodząc do autokaru.
Już całkiem ciemno, coraz większy wiatr w miarę, jak droga wiedzie ku morzu. Już żadnych widoków za oknem, więc w sen zapadłam.
W hotelu czekała na nas kolacja, najedzeni, zmęczeni poszliśmy do pokoju. Mam skurcze łydek.
Kilka drinków i wszyscy półśpiący. Córka poszła pod prysznic i siedziała długo, mąż przysypiał przed telewizorem, syn przeglądał dzisiejsze zdjęcia
Szłam o naszego pokoju i się okropnie poślizgnęłam. Okazało się, że córka zalała całą łazienkę i korytarz i ich pokój. Źle działał odpływ w brodziku, a awaryjny odpływ w podłodze nie zadziałał, po podłoga jest źle wyprofilowana, wszystko wypłynęło na korytarz i do pokoju dzieci. Więc jeszcze wspólna gimnastyka przy sprzątaniu powodzi.
Spać. Spać. Spać......
 
 
 
jolajola1 
Praktykant



Dołączyła: 26 Cze 2006
Posty: 118
Skąd: stolyca
Wysłany: 29-12-2008, 21:31   

29 grudnia
Dzień leniwy. Po śniadaniu dzieci poszły na plażę, wzięły sprzęt do snurkowania. Wieje, zrobiło się trochę chłodniej.
My dobiliśmy do nich z półtorej godziny później. Hihi, miałam rację, nie pływali, bo za zimno, tylko się wygrzewali w zasłoniętym od wiatru miejscu. Na cypelkach pomiędzy plażami różnohotelowymi fale się rozbryzgują, trochę. Śmieszne drinki, z niewidzianej nigdy Finlandii. Ma granatową nalepkę i napis, że jest Finlandią robioną dla Egiptu.
Słońce się przechyla s zaczęło się robić zimno, ubraliśmy się. Dzieci też się zdecydowały wracać. Zanim się wybiorą... Poszliśmy sprawdzić, jak się rozpryskują fale na cypelku. Nic wielkiego, pył wodny a krople co najwyżej na kolana. I nagle przyszła FALA. Rozbryzgnęła się, ale to jak?!?!! Zalało nas CAŁYCH.
Uciekaliśmy z cypelka chichocząc histerycznie, zataczając się od tego śmiechu, ociekając zimna wodą i chlapiąc na jeszcze się opalających ludzi. Mąż wylewał wodę z kieszenie i sprawdzał wykąpane telefony, ja miałam nagle gęsią skórkę WSZĘDZIE.
W hotelu woda pod prysznicem była tylko ciepława. Więc po kąpieli wlazłam pod kołderkę i próbowałam się ogrzać, mąż przyniósł mi drinka na rozgrzewkę. Dzieci wyszły na dach hotelu robić zdjęcie. Te to zawsze znajdą zakazane miejsca.
Zaczął śpiewać muezin.
Ze śmiechem bąbelkującym w umysłach robiliśmy w tym czasie same zakazane rzeczy, popojaliśmy alkohol i oddawaliśmy się .... no, czynnościom nie-do-końca-prokreacyjnym. Z perwersyjnym poczuciem nieprzyzwoitości, niewłaściwości.
 
 
 
ja-marta 
Obieżyświat



Dołączyła: 09 Paź 2006
Posty: 793
Wysłany: 30-12-2008, 19:11   

No proszę, 3 dni w Egipcie, a przygód wiele. Pozazdrościć. Uruchomiłaś mi chrapkę na wyjazd w środku zimy! I to Egipt jeszcze. Tomb Raiderem pachnie, do Karnaku chcę!!
Twoje opisy są naprawdę świetne, szybko się czyta. Opis właśnie Karnaku najlepszy ;) Heh, nie ma to jak 3 kamienie z farbami, dużo piasku, kilku arabisków i wrażenia niezapomniane.
_________________

http://leditor.prv.pl/
 
 
 
jolajola1 
Praktykant



Dołączyła: 26 Cze 2006
Posty: 118
Skąd: stolyca
Wysłany: 31-12-2008, 11:13   

29 grudnia cd
Dzieci wieczorem znowu gdzieś poszły, znaczy nie gdzieś, tylko na nocne klubowanie do nowej Hurgady. Z tymi dwoma dziewczynami z Poznania, co je Marcin poznał (nomen-omen) wczoraj na naszej hotelowej plaży. My, uzbrojeni w plan miasta poszliśmy na spacer poszukiwawczy, szukamy @cafe. Poszliśmy w zupełnie innym kierunku, niż chadzaliśmy dotychczas. I co się okazało? Otóż egipskie plany miast mają się tak do rzeczywistości, jak nasze polskie plany z lat 50 czy 60. Ogólnie odwzorowują rzeczywistość, ale już szczegóły pozostawiają wiele do życzenia. Położenie urzędu miejskiego różni się o dwie przecznice, proste i równoległe do siebie ulice na mapie wcale w rzeczywistości nie są takie, zakręty i skrzyżowania nie pasują do siebie, części planu miasta są po prostu białą plamą, hotele wcale nie znajdują się w czerwonych punktach podpisanych ich nazwami... okropieństwo. Na tyle to było deprymujące, że po godzinie zaczęliśmy wracać po własnych śladach. W lepsiejszym przy-morskim hotelu znaleźliśmy kawiarenkę netową, drogą jak jasna cholera, czyli jak u nas. Naprawdę wielka szkoda, że wifi w naszym hotelu jest nieczynne!
Potem wróciliśmy w okolice naszego hotelu i poszliśmy znaną trasą, znowu nas opadli sprzedawcy ze sklepów okołohotelowych. Któremuś na odczepnego powiedzieliśmy, że nie chcemy nic kupić, tylko że szukamy @cafe. Jakby koń wyścigowy ostrogą dostał. Zaoferował się doprowadzić. I rzeczywiście, w bocznej uliczce niedaleko od Lidla jest miejscowa netownia, 6 razy tańsza od tamtej hotelowej, tylko że śmierdzi w niej okrutnie zastarzałymi petami i jest PEŁNA. Szkoda. Poszliśmy dalej. Ten sam chłopak stał koło jakiegoś sklepu, zapytał, czemu tam nie zostaliśmy. Jakoś tak od słowa do słowa.... znaleźliśmy się w sklepie jego kumpla, koszulkowo-ręcznikowo-perfumeryjnym. Sprzedawca mówi nieźle po polsku, spędził 2 razy wakacje w Polsce i wciąż ma kontakt z polskimi turystami z naszego Empire. Każe się nazywać Maćkiem. Spędziliśmy bardzo mile półtorej godziny prawie i umówiliśmy się u niego na jutrzejsze zakupy, bo mi brakuje koszulek, wzięłam sobie za bardzo letnie ubrania.
Dzieci wróciły koło 5 chyba, robiąc pod drzwiami głośne KRAAAAktor, czyli kracząc i pyrkając jak traktory. Szybko poszły spać, padły... jak młode koty. Córka cały czas chichotała jak oszalała hiena.
 
 
 
jolajola1 
Praktykant



Dołączyła: 26 Cze 2006
Posty: 118
Skąd: stolyca
Wysłany: 31-12-2008, 11:16   

30 grudnia
Znowu leniwy dzień. Synek przespał śniadanie, odmówił nawet otworzenia oczu. Kacyk? W hotelowej restauracji podeszła do nas mama jednej z Poznanianek, dziękując, że może z naszymi dziećmi wypuszczać na nocne eskapady swoje dziewczyny. Heh, czy one też chichotały przed zaśnięciem jak hieny?....
Oj, mam kłopot z brzuszkiem, przespałam godzinę po śniadaniu, zwinięta w bolesny kłębek.
Spacer do Maćka do sklepu, siedzieliśmy godzinę, wybierając puchate ręczniki, zamawiając koszulki dla mnie i dla synka. Potem do netowni. Cholerne googlemaps ma ograniczenia w zapisywaniu jako pliki *.mht i w drukowaniu otwartych lokacji. Wrrrrr.... A ja tak bardzo potrzebuję jakiegoś rzeczywistego planu Hurgady! W końcu wpadłam na pomysł. Powiększyłam maxymalnie widok miasta w googlachmaps i potem .... sfotografowałam 8 ekranów w największej rozdzielczości. Ponieważ zawsze tu noszę ze sobą aparat, to wystarczy odpowiednio powiększyć zapisane zdjęcia i już wreszcie wiem, jak przebiegają ulice i gdzie jestem. A że nie ma nazw ulic, to nic, i tak się przecież nie wyznaję na ichnich robalkach.
Potem ten wczorajszy sprzedawca, Achmed, ten co nas do @cafe zaprowadził zaoferował się nas zaprowadzić także do sklepu, gdzie będziemy mogli kupić alkohol. Liczę, że się da kupić tę egipską finlandię. Oczywiście najpierw poszliśmy do jego sklepu, to duża perfumeria. Dostaliśmy przepyszną, super pachnącą herbatę. Nic nie mieliśmy kupować, przynajmniej tak myśleliśmy. Ale wystarczyło wspomnieć, że kiedyś w Seforze dostałam przy zakupach reklamówkę Amor Amor i że mi się podoba. Przyniósł esencję. Sama esencja zapachy, bez olejków i bez alkoholu. Jesuuuu, jak to zapachniało.... Mój mąż był bez szans. Kiedyś wieczorem użyłam tego zapachu i teraz jak go poczuł, to zadziałało jak feromony. W oczach mu błyszczały wspomnienia związane z tym zapachem. Dostałam buteleczkę esencji, niedużą, ale staczy mi na długo. i dmuchany błękitny flakonik. Ja też ma swoje wspomnienia z obecnym tym zapachem. I plany na następne wykorzystanie. Mniam, mniam.
Potem Achmed zaprowadził nas do sklepu, gdzie spod lady był alkohol. Finlandii nie było, ale nabyliśmy inną ichnią wódeczkę, Volgę. Niby rosyjska, ale słabsza niż napisane 40%. I pszeniczna, nie żytnia, łagodniejsza. Trudno.
Acha, córka znowu zalała cały apartament. ale wezwali sprzątacza i hydraulika.
Po obiadokolacji wpadliśmy z dziećmi do netowni, oczywiście grono, gg.... Potem wróciliśmy do Maćka, odebraliśmy textylne zakupy i dzieci zaczęły się z nim targować o cenę safari po Sylwestrze. Hihihi, przy naszych, w końcu dużych zakupach Maciek dostał prawie (!) to, co chciał, trochę go tylko cenowo pomęczyliśmy. Ale nasze dzieci, oboje, no, synek tym razem bardziej, wykazały nerw handlowy. Stargowały 1/4 ceny, a i tak nie kupiliśmy jeszcze. Bo one powiedziały, że jeszcze sprawdzą oferty u innych swoich znajomych, ale że pewnie wrócą na dalsze negocjacje. Maciek był pod koniec zdenerwowany. bo rodzice byli łagodnie, a dzieci doprowadziły go do ... no nie, na pewno nie straci, ale będzie miał znacznie mniejszy zarobek.
Fajnie mieć takie dzieci. I fajnie, że czasem doprowadzają do białej gorączki innych a nie swoich rodziców.
Wieczorem one znowu z Poznaniankami udały się na szukanie Sylwestrowej imprezy, bo ta organizowana przez nasze biuro to jest bardzo taka sobie. Znalazły, wróciły zapytać o akceptację, poszły z mężem do bankomatu, pojechały kupić bilety i wróciły z (jeszcze! znowu!) zaoszczędzonymi funtami.
 
 
 
larcia 
Obieżyświat



Dołączyła: 09 Maj 2005
Posty: 1144
Skąd: Katowice
Wysłany: 31-12-2008, 13:08   

Świetnie się to czyta :D Widzę emocje były niezłe :P P Też kiedyś chciałam w pamiętniku opisywać sobie każdy dzień z wakacji,ale cóż... :P Nie za bardzo umiem się za to wziąść.

Nie wiedziałam,że podczas zimy jest w Egipcie 19 stopni,spodziewałam się conajmniej 20 paru :)

:pozdro:
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


© 2002 - 2017 World of Tomb Raider | WoTR na Facebooku



Nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Więcej o cookies powie Ci wujek Google.

phpBB by przemo  
Strona wygenerowana w 0.61 sekundy. Zapytań do SQL: 10