FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj




Poprzedni temat «» Następny temat
Wakacje
Autor Wiadomość
millo 
Podróżnik



Dołączył: 25 Gru 2003
Posty: 482
Skąd: Pustostan
Wysłany: 06-06-2011, 00:47   

Poszukuję towarzyszy w wycieczce na południe Europy. Jeżeli marzysz o przygodzie życia, chcesz zobaczyć wiele ciekawych i pięknych miejsc, poczuć się jak podróżnik - zapraszam!

Cel podróży - zwiedzenie Bałkanów, w skrócie od Budapesztu (możliwe zobaczenie i innych miejsc, np. Pragi, Wiednia...), przez Chorwację, Bośnię, Czarnogórę do Grecji, Istambuł, powrót przez Bułgarię i Rumunię. Zainteresowanym zdradzę szczegółowy plan, jestem też otwarty na wszelkie propozycje.

Termin - wyjazd planuję na 2.07.2011 i raczej nie chciałbym tego zmieniać. No może dwa dni w jedną lub drugą stronę. Powrót ciężko przewidzieć, ale cały wyjazd powinien zająć ok. trzy tygodnie.

Czemu ze mną - zapewniam opiekę, transport samochodem, szeroko rozumianą organizację całej podróży. Za to wszystko nie pobieram żadnej prowizji, a przy tym staram się przygotować wszystko tak, by zobaczyć jak najwięcej, jak najciekawsze rzeczy i to wszystko możliwie tanim sposobem.

Wymagania - propozycja skierowana jest do osób pełnoletnich, najlepiej zaprawionych w nie zawsze komfortowych warunkach. Potrzebny jest paszport, mile widziane EKUZ oraz prawo jazdy.

Koszt - w najbardziej optymistycznej wersji kwota samego transportu wyniesie ok. 150 euro, w wariancie pesymistycznym gdzieś jedną trzecią więcej. Do tego należy doliczyć koszty wyżywienia, biletów wstępu (np. jeziora plitwickie, klasztor na Meteorach, Hagia Sophia...), noclegów (choć głównie to będzie namiot) i innych własnych wydatków.

Zainteresowanych proszę o kontakt przez forum.
 
 
 
millo 
Podróżnik



Dołączył: 25 Gru 2003
Posty: 482
Skąd: Pustostan
Wysłany: 30-06-2011, 17:44   

Jest jeszcze miejsce! Ostatnia szansa!
 
 
 
Luthien 
Podróżnik



Dołączyła: 06 Lut 2007
Posty: 604
Skąd: Katowice
Wysłany: 19-08-2011, 00:16   

FLORENCJA

Ponieważ tegoroczne wakacje spędziłam w Toskanii postanowiłam opisać swoją wycieczkę oraz dać kilka wskazówek osobom, które chciałyby wyruszyć w podobną podróż bądź zwiedzić ten region.

Ja do Florencji dostałam się autokarem i pod pewnymi względami polecałabym ten środek transportu. Jazda samochodem jest oczywiście wygodniejsza, ale samo poruszanie się po Florencji autem jest już katorgą. Uliczki są stosunkowo wąskie a Włosi dodatkowo lubią sobie zaparkować nie bacząc na to że i bez tego jest ciasno. Większość uliczek we Florencji jest jednokierunkowa i trzeba się wykazać niezłą znajomością miasta by móc sprawnie dotrzeć do celu. Jakby tego było mało to część uliczek ma „ograniczoną przejezdność”, ale nie wiem dokładnie o co z tym chodzi. Zapewne nie można tam jeździć w pewnych godzinach, a może tylko komunikacja miejska może tam jeździć. Żeby było jeszcze przyjemniej to bardzo często policja kierowała ruchem i nie pozwalała wjechać w niektóre miejsca, które normalnie były przejezdne. Reasumując… Jazda autem jest możliwa, ale wg mnie komplikuje trochę wyjazd. Szybciej człowiek dostanie się piechotą w większość miejsc i to, przynajmniej w moim odczuciu, przemawia na korzyść autokaru. Zmartwienie z głowy. Oczywiście we Florencji (mam cały czas na myśli starą część miasta) znajdują się płatne parkingi gdzie można zostawić auto, ale nie sprawdzałam cen. To jest oczywiście wyjście, ale ja widziałam tylko 2 takie parkingi. To są chyba parkingi prywatne i właściciele pakują tam auta prawie jedno na drugie. Innym wyjściem jest zostawienie auta gdzieś w nowszej części miasta, a samemu się przespacerować do miejsca zakwaterowania i popakować się w kilka mniejszych walizek czy plecaków, bo chodzenie z wielkimi bagażami po mieście pełnym ludzi jest średnio przyjemne. Trzecie rozwiązanie to camping przy placu Michała Anioła, ale też nie orientuje się na jakich to się zasadach odbywa.

Tak czy siak, ja trafiliśmy autokarem do stacji SITA przy Catarina da Siena, a zakwaterowani byliśmy po drugiej stronie rzeki Arno na ulicy Costa de’ Magnoli. Blisko niej mieszkał Galileusz, a dosłownie 20 metrów od drzwi znajdowała się Chiesa di San Giorgio alla Costa, wielokrotnie przebudowywany kościół, którego początki (jak głosiła tabliczka informacyjna) sięgały X w. Sama mieszkałam wraz z chłopakiem w kamienicy z podobno XIV w, ale nie jestem w stanie tego zweryfikować. Uliczka znajduje się w części miasta zwanej Oltrarno i polecam szukanie kwatery właśnie w tym rejonie, bo są one stosunkowo ciche mimo iż znajdują się w pobliżu Ponte Vecchio i Palazzo Pitti, a jest z nich blisko do właściwie wszystkich zabytków.

Wypadałoby zacząć od pewnej usługi o nazwie Firenze Card. Na forum jest sporo osób młodych, więc to dość istotne info. Firenze Card to taki karnet na 72 godziny, który umożliwia wejście bez kolejki do 33 miejsc i darmowe przejazdy komunikacją miejską. Aby poczuć się bossem z postawionym kołnierzykiem wystarczy wydać „niespełna” 50 euro. Sprawę trzeba rozpatrzyć indywidualnie i zastanowić się co chce się osiągnąć we Florencji. 33 muzea w 3 dni to raczej ciężka sprawa do obskoczenia. Jeżeli ktoś chce dokładnie zwiedzić to wszystko to się zapewne nie wyrobi i przepłaci za kartę. Dodatkowo sprawę komplikuje fakt, iż nie wszystkie muzea są pootwierane do późna i nawet jeżeli ktoś efektywnie zwiedza muzea to prawdopodobnie fizycznie temu nie podoła. Druga sprawa to wiek. Jeżeli ktoś ma poniżej 26 lat to ma w wielu miejscach 50% zniżkę i wtedy karnet jest mocno przepłacony. Z kolei jeżeli ktoś ma powyżej 26 lat, nie jest obywatelem UE i zamierza przemieszczać się busami to wtedy ten karnet faktycznie może się opłacić. Dodatkowo wchodzi się poza kolejką, więc można trochę zaoszczędzić czasu i pewnie więcej zobaczyć, ale nie sądzę by 3dni wystarczyły. Jak napisałam wyżej, trzeba to rozważyć indywidualnie i się zastanowić jakie ma się tempo zwiedzania, co się bardziej opłaca, gdzie ma się zniżkę, itp.

Po rozpakowaniu bagaży wybraliśmy się (bez mapy) na kolację i spacer po mieście. Ruszyliśmy w kierunku Ponte Vecchio i dalej na Piazza della Signoria. Będąc na placu szukaliśmy tablicy upamiętniającej egzekucję Savonaroli – jak się później okazało nie było to wcale trudne. Po sfotografowaniu Palazzo Vecchio oraz fontanny Neptuna zaprojektowanej przez Bartolomeo Ammannatiego ruszyliśmy w jedna z wąskich florenckich uliczek. Przez chwilę myślałam, że się zgubiliśmy, ale wystarczyło się rozejrzeć i dostrzec kopułę katedry Matki Boskiej Kwietnej, by odnaleźć się w terenie. Pamiętając gdzie się znajduje względem Ponte Vecchio, bez problemu trafiliśmy na Piazza Republica i potem do domu.


Następnego dnia – w niedzielę – zdecydowaliśmy się obejrzeć wspomnianą katedrę z bliska. Niestety okazało się, że w niedziele wejście na kopułę jest niemożliwe, ale przynajmniej dzwonnica była otwarta dla turystów. Chwilę później wspinaliśmy się po stromych schodach dzwonnicy Giotta. Kampanilla ma 84,75 m wysokości, a na jej szczycie znajduje się taras widokowy. Po wypstrykaniu kilkudziesięciu zdjęć zeszliśmy z najwyższego tarasu kierując się z wolna do wyjścia. Zejście było łatwiejsze, bo byliśmy lżejsi o 6 euro.

Spacerując po mieście i mijając takie atrakcje turystyczne jak bazylika San Lorenzo czy Pałac Medyceuszy, zdecydowaliśmy się ruszyć w kierunku bazyliki Santa Croce (Św. Krzyża), która znajduje się niecały kilometr na południowy wschód od katedry. Zniechęceni długą kolejką zwiedzających skupiliśmy się na obejrzeniu fasady i wróciliśmy do mieszkania odsuwając zwiedzenia wnętrza na inny dzień.

Po obiedzie odnaleźliśmy na mapie polecany przez właścicieli mieszkania Plac Michała Anioła i wyruszyliśmy na wycieczkę w jego kierunku. Tak dotarliśmy do jednej z florenckich bram - Porta San Giorgio. Ruszyliśmy Via di Belvedere przystrojoną drzewami oliwnymi z dorodnymi kiśćmi zielonych oliwek. Do Piazzale Michelangelo prowadziły niekończące się schody.

Z placu rozpościerała się niesamowita panorama upstrzona takimi turystycznymi atrakcjami jak Santa Maria del Fiore, Palazzo Vecchio, Santa Croce, Galeria degli Uffizi czy Ponte Vecchio na rzecze Arno. Całej scenerii dodawało uroku zachodzące słońce.

Na poświęconym Michałowi Aniołowi placu znajdują się kopie rzeźb, których oryginały można znaleźć we Florencji (Dawid + Dzień, Noc, Zmierzch i Poranek z Kaplicy Medyceuszy). Turystów było od groma, tak więc po zrobieniu kilkunastu zdjęć zdecydowaliśmy wspólnie, że na plac wrócimy w jakiś inny dzień o bardzo wczesnej porze, omijając tym samym te tłumy. Tak minął nam kolejny dzień we Florencji.
W poniedziałek zaliczyliśmy pierwsze podejście do zwiedzenia San Gimmignano i Monteriggioni, jednak po pobudce o 6 rano okazało się, że pogoda pokrzyżowała nam plany. Wycieczkę musieliśmy przesunąć na inny dzień. Mniej więcej około południa się rozpogodziło, tak więc ruszyliśmy na miasto. Przespacerowaliśmy całą Florencję (wiele atrakcji jest zamknięte dla zwiedzających w poniedziałki).
We wtorek wstaliśmy przed 6 rano. W planie było zrobienie zdjęć Ponte Vecchio, gdy nie ma na nim morza turystów i mieszkańców oraz powrót na Plac Michała Anioła.

Po powrocie do mieszkania i zjedzeniu śniadania ruszyliśmy zwiedzać muzea w Palazzo Pitti, ogrody Boboli oraz Biardini.


Popołudniu zdecydowaliśmy się na wejście na kopułę katedry Matki Boskiej Kwietnej (8 Euro). Po 45 minutach stania w kolejce udało nam się. Na kopułę prowadziły 463 stopnie, jednakże warto było się pomęczyć dla tego widoku.

Kolejnego dnia urządziliśmy sobie spacer po Florencji, a także po tych mniej znanych zabytkach i kościołach. Popołudniu zwiedzaliśmy Katedrę Santa Maria del Fiore (przestrzegam: nie wpuszczają turystów w krótkich spodenkach i o niezasłoniętych ramionach). Następnie odwiedziliśmy Palazzo Vecchio.

Jako miłośnicy serii Assassin’s Creed, będąc we Florencji, nie darowalibyśmy sobie gdybyśmy nie zwiedzili San Gimignano i Monteriggioni. Niestety sama Florencja nie oferuje bezpośredniego dojazdu do obydwu miejscowości. Byliśmy na to przygotowani – przed wyjazdem sprawdzaliśmy połączenia pomiędzy wspomnianymi miejscowościami przy użyciu Google Maps. Jak się okazało znacznie ułatwiło nam to wycieczkę. Google Maps zasłużylo na pochwałe, jako że rozkład się zgadzał i przystanki były dobrze opisane, a my tak trochę z przymrużeniem oka do tego podchodziliśmy. Plan wyglądał tak: dostać się do Poggibonsi, następnie dorwać autokar do San Gimignano, zwiedzić miasto, powrócić do Poggibonsi, wsiąść do autokaru do Monteriggioni, zwiedzić miasteczko, powrócić do Poggibonsi i z dworca wsiąść do autokaru do Florencji. Idąc na przystanek, z którego odjeżdżał nasz autobus, mijaliśmy Pałac Pitti. Po zakupie biletów czekaliśmy na autobus. Czekaliśmy… i czekaliśmy. Nie przyjechał. Za 30 minut miał jechać kolejny autobus do Poggibonsi. Nie przyjechał. Podirytowani czekaliśmy na kolejny autobus, który miał być za godzinę. Czekająca z nami Włoszka również się denerwowała. Gdy skończyła rozmawiać przez telefon, podeszła do nas i nas poinformowała, że autobusy tego dnia nie jeżdżą. Pech. Został nam tylko jeden dzień na tę wycieczkę – piątek. Podenerwowani, że straciliśmy czas, wybraliśmy się na miasto, by pozwiedzać muzea (m.in. Galeria degli Uffizi, bazylikę Santa Croce, gdzie zostali pochowani m.in. Michał Anioł, Galileusz i Niccolò Machiavelli).
Nastał piątek. Wyruszyliśmy z mieszkania przed godziną 8 rano i doszliśmy na przystanek przy Piazza Tasso. Trzymając w ręcę jeszcze od wczoraj bilety do Poggibonsi (4,70 Euro) , wyczekiwaliśmy przyjazdu autokaru. Próżno na autobusie wyszukiwać jakiegokolwiek numeru (opisanego w rozkładzie), trzeba zwracać uwagę na nazwy miejscowości. Autobus z napisem „Poggibonsi” (zakładaliśmy, że to nasz :D ) przyjechał punktualnie, pomachaliśmy, że chcemy wsiąść i po zatrzymaniu się autobusu wsiedliśmy do niego. Bardzo uprzejmy kierowca potwierdził, że dojedziemy do Poggibonsi, a stamtąd do San Gimignano. Jechaliśmy tak około 40 minut, podziwiając po drodze toskańskie krajobrazy (m.in. piękne i przeogromne pola ze słonecznikami). Uczynny pasażer pokierował nas na którym przystanku powinniśmy wysiąść (tj. na dworcu we wspomnianym mieście) oraz ile czasu mamy do autobusu kierującego się w stronę San Gimignano. Na dworcu zakupiliśmy bilety do San Gimignano (1,95 Euro). Wsiedliśmy do odpowiedniego autobusu i ruszyliśmy w stronę „Średniowiecznego Manhattanu”. Już po kilku minutach można go było zobaczyć majaczącego na wzgórzu w oddali. Widok niesamowity. Wysiedliśmy przy bramie Porta Giovanii, a kolejny uczynny kierowca wskazał nam przystanek powrotny. Tak dotarliśmy do San Gimignano.

Wkroczyliśmy do miasta. Poszwędaliśmy się tu i ówdzie podziwiając wąskie uliczki średniowiecznego miasta. Po dotarciu na punkt widokowy udaliśmy się na Piazza della Cisterna, a następnie na Piazza Duomo.

Zdecydowaliśmy się zwiedzić Museo Civico i Torre Grossa. Widok z najwyższej wieży w San Gimignano był przepiękny.

Jako że do autobusu do Poggibonsi mieliśmy jeszcze dwie godziny staraliśmy się jak najlepiej go wykorzystać. Zwiedziliśmy chyba całe miasto, łącznie z kościołami.

Wróciliśmy następnie do Poggibonsi i po zakupie biletów oczekiwaliśmy na autokar do Monteriggioni. Wysiedliśmy na przystanku Monteriggioni Scuole i udaliśmy się pieszo w kierunku twierdzy.

Nieopodal Monteriggioni był parking dla przyjezdnych i schody prowadzące do miasta. Nie byłoby nic ciekawego w tych schodach, gdyby nie były umajone krzakami lawendy. Nie tylko wyglądało to przepięknie, ale dodatkowo jeszcze zapach uprzyjemniał spacer do miasteczka.

Wkroczyliśmy do miasta przez Porta Romana. Przed nami rozpościerał się Piazza Roma, przy którym stał romański kościółek. Za 3,50 euro zwiedziliśmy muzeum w Monteriggioni oraz weszliśmy na mury twierdzy.

Pospacerowaliśmy po miasteczku, kupiliśmy drobne pamiątki i udaliśmy się na przystanek autobusowy. W Poggibonsi zakupiliśmy bilet do Florencji i wsiedliśmy do autokaru. W czasie drogi zorientowaliśmy się, że autobus nie zatrzymuje się na każdym przystanku (co by tłumaczyło dlaczego do San Gimignano doliczylam się trzech, a było ich wszystkich 24 wg. Google Maps), a każdy pasażer chcący wysiąść prosi o zatrzymanie się kierowcę. W związku z tym, gdy zbliżaliśmy się do „naszego” przystanku grzecznie poprosiliśmy o zatrzymanie się autokaru (jak się okazało słusznie, gdyż kierowca nie zamierzał się przy nim zatrzymywać). W ten o to sposób zakończyła się nasza wycieczka po średniowiecznych twierdzach Toskanii. Wymęczeni dotarliśmy do mieszkania, by kilka godzin później wybrać się na spacer po Florencji nocą. Największe atrakcje oczywiście są oświetlone, chociaż wydawało mi się, że dość słabo. Mercato Nuovo, w ciągu dnia zagracone różnymi straganami z pamiątkami , nocą było puste i jak się okazało skrywało rzeżbę/fontannę Il Porcellino. Po pogłaskaniu dzika i zrobienia sobie z nim zdjęcia udaliśmy się w kierunku Santa Croce. Nastepnego dnia, po zdaniu mieszkania, udaliśmy się wraz z bagażami na obiad. Co się tyczy restauracji to taka przestroga, że niektórzy karczmarze lubią sobie doliczać koszta za nakrycie stołu. Tak poszło dodatkowe 1.50. Niby nic, ale jak pójdzie się grupką to można się zdziwić, bo to płatne od osoby, a nie od stolika. Po obiedzie udaliśmy się w kierunku stacji SITA oczekując na autokar do kraju.

PS Polecam napój Chinotto i Ginger :)

Ubisoft sam się o to prosił przy naborze do encyklopedii, to TUTAJ postanowiłam wytknąć błędy twórcom AC2 :P
_________________
 
 
Sas_ 
Podróżnik



Dołączyła: 04 Lip 2009
Posty: 249
Skąd: Polska/Gdańsk
Wysłany: 19-08-2011, 12:28   

U mnie trochę stypa, nie ruszyłam tyłka poza Gdańsk, a miałam wiele planów.
Ogólnie to te 2 miesiące spędziłam na rysowaniu prac. Z roku na rok jest ze mną coraz lepiej.
Chyba mam zacięcie do tego diabelstwa.
Miałam w planie jechać na Woodstock, głównie z racji na dobre zespoły grające tam za free.
No cóż plan fajny ale nie wypalił. Za to wielką rekompensatą za zmarnowany czas był koncert
Ozzy'ego Osbourne'a. Miałam bilet na Golden Circle i byłam pod samą sceną. Po prostu epika zobaczyć taka legendę na żywo. To dziś nie mogę w to uwierzyć :O
_________________
Satan's Gonnah Yeat Chu :3
(Tak wpadłam po to aby sobie zapdejtować twarz, ale śmiesznie, co nie kociaki?)
 
 
 
lathspell20 
Podróżnik



Dołączyła: 18 Wrz 2007
Posty: 275
Skąd: Katowice
Wysłany: 20-08-2011, 20:55   

SZLAK PIASTOWSKI


W ciągu ostatnich sześciu lat udało mi się zwiedzić praktycznie całą Polskę południową, a ponadto Mazury, Kielecczyznę i Podlasie, ale jakoś ciągle omijałam Wielkopolskę ^^ Dlatego w tym roku postanowiłam sobie podążyć Szlakiem Piastów :)

Bazę wypadową zlokalizowaliśmy nad jednym z polodowcowych jezior tego obszary, w gminie Mieleszyn. Trochę obawiałam się o pogodę, ale ta zrobiła nam miłą niespodziankę i zarówno późniejsze zwiedzanie okolicy, jak i relaks nad wodą były bardzo przyjemne.
Pierwszy dzień po przyjeździe upłynął nam w zasadzie na poznaniu najbliższej okolicy, ładowaniu akumulatorów pod długiej podróży i podziwianiu uroków krajobrazu. Dodatkowo po raz pierwszy zmierzyłam się z wędkarstwem, ponieważ jezioro obfitowało w ryby. Muszę przyznać, że jak na pierwszy raz, cztery sztuki to nie lada wyczyn. Jednakowoż zdobycze te były tak małych rozmiarów, że przeważnie kończyły jako kocia kolacja :)






Pierwszym większym miastem w pobliżu było Kłecko, gdzie najczęściej jadaliśmy obiady. Centrum miasta obejmuje niewielki rynek i kościół. Widać dbałość o czystość, a samo miasteczko jest bardzo przytulne.





Następnego dnia zaczęło się już poważniejsze zwiedzanie :) Pierwsze w kolejności Gniezno. Od razu w oczy rzuca się przepiękna i olbrzymia Katedra Gnieźnieńska, zwieńczona dwiema wieżami (na jedną z nich można się wspiąć i podziwiać panoramę miasta z czterech stron świata) i bogato zdobiona figurami świętych, oraz niestety gołębi. Wewnątrz dech zapiera wysokie żebrowe sklepienie i barwne witraże. Katedry strzeże niejako sporej wielkości posąg Bolesława Chrobrego. Rynek obramowany jest wtopionymi w bruk herbami wszystkich okolicznych gmin.









W Katedrze można także podziwiać Drzwi Gnieźnieńskie opowiadające historię życia św. Wojciecha. Niestety, nie ma zezwolenia na fotografowanie, nawet bez lampy błyskowej. Na szczęście zwiedzając Muzeum Początków Państwa Polskiego można je podziwiać z najdrobniejszymi szczegółami oraz opisem poszczególnych obrazów. Ponadto w muzeum można posłuchać ciekawej opowieści o początkach państwa, w międzyczasie podziwiając zgromadzone okazy.






Kolejnym punktem zwiedzania był skansen w Ostrowie Lednickim. Na sporym obszarze zgromadzono przykłady budownictwa wiejskiego w zależności od zamożności gospodarza, kościółek z epoki oraz dwór.






W planach zwiedzania nie mogło wręcz zabraknąć Biskupina! Cały kompleks archeologiczny obejmuje - oprócz częściowej rekonstrukcji osady - muzeum archeologiczne oraz wplecione w trasę zwiedzania chaty i inne "domostwa" plemienne. W samej osadzie można odwiedzić m.in. warsztaty garncarza, mincerza i krzemieniarza - na ostatnim zdjęciu wybijam sobie monety :)








Ogólnie urlop udany. Nie udało nam się zwiedzić wszystkiego, ale cóż.... będzie pretekst do kolejnej wycieczki :) Jednego tylko nie wspominam dobrze - jazdy samochodem przez te dziwaczne miasta, z dziwacznymi skrzyżowaniami, korkami i wlokącymi się kierowcami :swirek:
_________________

 
 
 
millo 
Podróżnik



Dołączył: 25 Gru 2003
Posty: 482
Skąd: Pustostan
Wysłany: 01-11-2011, 19:56   

Ponad osiem tysięcy kilometrów, z czego 6837 autem, 1300 autokarem, około setki piechotą i kilka statkiem, 18 dni, 12 państw, dwa kontynenty i jeden podróżnik! Chciałbym zrelacjonować swój wyjazd na Półwysep Bałkański, opisać przebytą drogę, odwiedzone miejsca i poznanych ludzi. Postaram się pisać tak, by nie tylko przekazać swoje wrażenia, ale też pomóc, jeżeli ktoś chciałby zobaczyć choć w części te rejony. Zwłaszcza jeżeli wybiera się samochodem i nastawia się bardziej na zwiedzanie niż wypoczynek i bardziej na oszczędzanie niż luksusy.
Zanim jednak zacznę chronologiczne relacjonowanie dzień po dniu, napiszę coś o przygotowaniach do wyjazdu.
Na pomysł zwiedzenia Bałkanów samochodem wpadłem już dość dawno, a na poważnie zacząłem myśleć w październiku ubiegłego roku. Od początku założeniem było zobaczenie jak najwięcej wartych uwagi miejsc, tak więc najlepszym rozwiązaniem wydawał się wyjazd samochodem. Do tego przy kilku osobach wyjazd byłby też dość tani. Celowo planowałem jedynie trasę, a właściwie kolejne jej punkty, a kwestie czasu, dokładnych miejsc noclegów, posiłków, itp. postanowiłem określać na bieżąco i spontanicznie podczas podróży, by ograniczać się w jak najmniejszym stopniu.
Od strony organizacyjnej przygotowania przed wyjazdem były raczej skromne. Wydrukowałem kilka planów miast z przewodnikami (choć w wielu przypadkach i tak używałem darmowych przewodników dostępnych na miejscu), załatwiłem zieloną kartę, czyli ubezpieczenie OC ważne w krajach, do których zamierzałem się wybrać (z małym wyjątkiem, ale o tym w relacji), sprawdziłem, czy trzeba zabiegać o wizy, szczepienia lub cokolwiek innego zanim wyruszę z Polski (nie trzeba, niezbędne wizy i opłaty można załatwić przy wjazdach do poszczególnych państw), przygotowałem samochód i to chyba tyle.
Z ważniejszych zabranych z domu rzeczy muszę wymienić namiot ze śpiworem i karimatą (przydał się tylko raz, ale przy większej liczbie osób byłby bardziej potrzebny), kuchenkę turystyczną, zapas niepsującej się żywności i wody, zestaw podstawowych narzędzi, no i oczywiście auto. Autem tym było mitsubishi carisma z silnikiem dieslowskim o pojemności 1,9 litra produkcji Renault i chciałbym pochwalić zarówno japońskich jak i francuskich inżynierów, gdyż samochód nie zawiódł mnie mimo miejscami ciężkich warunków, do tego wykazał się znakomitym, jak na dość duże rozmiary i wiekowość konstrukcji silnika, spalaniem (rekord to 5,08 l/100 km, w większości na trasie i przy spokojnej jeździe z klimatyzacją).
Jednym z elementów przygotowań jest kompletowanie ekipy na wyjazd. Niestety większość znajomych lipiec miała zajęty, nic nie dały nawet oferty na forum gier o przygodach pewnej podróżniczki i poszukiwaczki skarbów. I to właściwie największe niepowodzenie etapu przygotowawczego, bo na wyjazd pojechałem sam.



Dzień pierwszy

Właściwie poza tym, że tego dnia rozpocząłem podróż, nie zdarzyło się nic godnego uwagi, może z wyjątkiem potrącenia lisa w okolicach Oświęcimia. Już więcej nie będę się śmiał z Twoich samochodowych przygód ze zwierzętami, Menkaure! Czworonogi w tych rejonach nie mają instynktu samozachowawczego.
Z Poznania (0) wyruszyłem w sobotę o 21.45 i kierowałem się na Budapeszt. W nawiasach przy miejscowościach będę zapisywać liczbę pokonanych kilometrów od wyjazdu z domu.


Dzień drugi

O 10.00 dotarłem do Budapesztu (846). Dzień przed wyjazdem minął mi dość leniwie, więc spokojnie mogłem przystąpić do zwiedzania stolicy Węgier.
Budapeszt jest podzielony Dunajem na prawobrzeżną Budę i lewobrzeżny Peszt, do tego dochodzi wyspa św. Małgorzaty na Dunaju ze wspaniałym parkiem. Miasto jest zadbane, zielone, pełne pomników i zabytkowych budynków. Jakby miastem w mieście jest Wzgórze królewskie, skąd zacząłem zwiedzanie. To tu znajduje się zamek królewski, malownicza baszta rybacka, przepiękne kamienice i zabytkowe kościoły z kościołem Macieja na czele. Stąd też roztacza się widok na całe miasto.
Kolejnym punktem programu była wyspa św. Małgorzaty, niemal w całości zajęta przez park. Niestety złapał mnie deszcz, choć i tak mogłem chwilę odpocząć wśród zieleni. Noc spędziłem w aucie kilkaset metrów na północ od centrum.












Dzień trzeci

Zwiedzania Budapesztu ciąg dalszy. Zaznajamianie się z lewobrzeżnym Pesztem zacząłem od Placu Bohaterów z imponującymi posągami, by następnie kierować się w stronę Dunaju przez Andrássy út - główną i najbardziej wystawną ulicą miasta. Zachwycać się można było pięknymi willami, kamienicami, gmachami instytucji kulturalnych, a także wszechobecną zielenią i pomnikami. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że od przyjazdu do Budapesztu nie uświadczyłem odrobiny brudu, zaniedbanych budynków, zarośniętych skwerów czy innych podobnych rzeczy, do których w kraju każdy z nas już się chyba przyzwyczaił. Może nie schodziłem za często w boczne uliczki, ale naprawdę Budapeszt pod tym względem wywarł na mnie pozytywne wrażenie.













Jako ciekawostkę dodam, że za wymianę złotówek na euro wyniosło mnie w Budapeszcie mniej, niż w Poznaniu, mimo że w Poznaniu płaciłem jedną prowizję, a na Węgrzech dwie (zamiana na węgierskie forinty i forintów na euro).
Wraz ze zbliżaniem się do Dunaju bulwary zmieniały się w uliczki, a te w deptaki, którymi można przejść do promenady wzdłuż rzeki.
Roztacza się stąd wspaniały widok na Wzgórze królewskie, na którym byłem poprzedniego dnia. Widać też z bliska most łańcuchowy - najstarszy most w mieście i za razem jeden z jego najbardziej rozpoznawalnych symboli.





Stąd już tylko kilkaset metrów dzieliło mnie od bazyliki św. Stefana, która wyraźnie góruje nad tą częścią miasta. Można się zachwycać wnętrzem, ale warto również wejść na wieżę, z której roztacza się piękny widok na całe miasto, w tym na budynek parlamentu, do którego się skierowałem po złapaniu oddechu po zejściu z wieży.













Wcześniej jednak przeszedłem przez ciekawy plac, na którym znajdowały się dwa pomniki: pierwszy to jedyny pomnik z czasów sowieckich upamiętniający Armię czerwoną. Drugi - dla równowagi - to pomnik człowieka, który mógłby powiedzieć, że to on "obalił komunę" i który przyczynił się do upadku Związku radzieckiego i oswobodzenia tej części Europy. Mowa nie o jakimś kablu, czy innym elektryku, a o Ronaldzie Reaganie. Nie wiem, czemu u nas w kraju mało kto o nim pamięta, za to czci się... ekhm, nie ten temat.





Niestety budynek parlamentu był zamknięty tego dnia dla zwiedzających ze względu na jakieś wydarzenie polityczne - a szkoda, bo jeżeli wnętrza są choć w części tak imponujące, jak zewnętrzna część tego wspaniałego budynku (a zdjęcia z różnych materiałów pokazują, że tak jest), to powinien to być obowiązkowy punkt zwiedzania Budapesztu. No ale przynajmniej mam powód, by tam wrócić i mam nadzieję, że nie będę musiał długo na to czekać.





Historyczną wartość ma nie tylko sam budynek, ale też plac obok niego. To tu 23. października 1956 roku miało miejsce drugie, po poznańskim, masowe powstanie w krajach zależnych od ZSRR. Wydarzenia te upamiętnia m. in. symboliczna mogiła z rewolucyjną flagą oraz zaznaczone ślady po kulach.





Po chwili zadumy poszedłem w stronę Andrássy út, by metrem wrócić do auta. A metro budapesztańskie mnie urzekło. Skromna hala kilka metrów pod ulicą i... tyle. Nie ma co się silić na wystawne hale rodem z Sankt Petersburgu, w zupełności wystarczy wąski peron o funkcjonalności przystanku tramwajowego.



Przejechanie autem przez miasto nie jest problematyczne, mimo poniedziałku główne ulice nie były zakorkowane. W trzy godziny korzystając z obwodnicy, autostrady oraz głównych dróg dojechałem do miejscowości Balatouboglad nad jeziorem Balaton (1036). Samo jezioro jest piękne, jednak trudno było się nim nacieszyć na polu namiotowym, na którym się zatrzymałem. Do zmroku trudno było uciec od głośnego koncertu zorganizowanego dla młodzieży, po zmroku od komarów, a przy próbie zaśnięcia w namiocie – znowu od młodzieży. Mimo to polecam się tam zatrzymać, jest naprawdę ładnie.






Dzień czwarty

Z rana wyjechałem w kierunku Chorwacji. Właściwie nie musiałbym mijać budek granicznych ani tablic z normalnymi nazwami (język węgierski jest niepodobny do niczego, chorwacki bardzo przypomina polski), by wiedzieć, że to już nie Węgry. Czarujące górskie serpentyny, charakterystyczna zabudowa, a może po prostu piękna, słoneczna pogoda... Coś mi mówiło, że jestem niedaleko gorących, kamienistych plaż Adriatyku.



Nie jechałem jednak nad morze, a do Parku Narodowego Jezior Plitwickich (1413). Podróż znad Balatonu zajęła mi niecałe sześć godzin z tankowaniem po drodze, przy czym omijałem płatne, dość drogie chorwackie autostrady. Drogi krajowe są w dobrym stanie, jednak ze względu na liczne pasma górskie częste są serpentyny oraz znaczne objazdy wokół dolin i gór. Jeziora plitwickie to zespół jezior krasowych o niesamowicie niebieskiej wodzie połączonych bajecznymi wodospadami. Amatorów geologii odsyłam do książek, a że niezbyt umiem opisywać zachwyt i piękno, to zamieszczam zdjęcia. Dodam, że nie w pełni oddają niezwykłość tego miejsca.



















Władze parku proponują kilka tras zajmujących od dwóch do ośmiu godzin i zawierających możliwość przejazdu kolejką oraz rejsu statkiem.
Niestety nie mogłem spacerować w nieskończoność. Późnym popołudniem pojechałem do Splitu (1714) i mimo przyjazdu o północy nie mogłem się powstrzymać przed zobaczeniem, jak to malownicze, nadmorskie miasto wygląda nocą. Serce miasta to starówka jeszcze z czasów antycznych otoczona prostokątnym murem. Wąskie, klimatyczne uliczki, białe marmury, zapach morza... Łatwo się zakochać w tym miejscu. Sąsiadują tu ze sobą ładne, odnowione średniowieczne kamieniczki z antycznymi zabytkami i ruinami.

Po kilkugodzinnym zwiedzaniu przyszedł czas na sen. A czy może być lepsze miejsce na sen, niż parking tuż obok plaży Adriatyku?















cdn...
 
 
 
Mr Macphisto 
Emocjonalny kaktus



Dołączył: 19 Gru 2003
Posty: 2192
Skąd: Warszawa
Wysłany: 02-11-2011, 22:29   

Ten post nie wniesie za wiele. Ale chciałbym zaznaczyć, że przeczytałem fragment Twojego posta, i mam zamiar prześledzić uważnie całość. A nie chciałbym, żeby taki kawał roboty wyglądał na pozostawiony sam sobie :)

Już sam początek oceniam na plus - resztę zostawiam na kawałek wolnego czasu. To moja priorytetowa lektura :)
_________________
...and touch the flame
 
 
giga2 
Student



Dołączył: 21 Cze 2007
Posty: 63
Wysłany: 02-11-2011, 22:43   

Można powiedzieć, że to coś w stylu przygody życia. Większym jedynie wyczynem byłoby przejechanie podobnej trasy na stopa.
Podziwiam i zazdroszczę wrażeń :)
 
 
ninti 
Obieżyświat



Dołączyła: 02 Sty 2004
Posty: 793
Skąd: Lublin
Wysłany: 03-11-2011, 10:36   

Millo, to musiała być super przygoda. Sama chętnie bym się na taką wybrała, gdybm dysponowała czasem :) . Zazdroszczę :)

millo napisał/a:
cdn...


Już nie mogę się doczekać, chyba nas nie zawiedziesz i szybko zamieścisz kolejną część sprawozdania :) :p :D
_________________
Musisz wiedzieć, Gość, że jem mięso, palę, piję alkohol i biorę narkotyki. Jestem wotrowiczem, a wotrowicze takie rzeczy robią.
 
 
millo 
Podróżnik



Dołączył: 25 Gru 2003
Posty: 482
Skąd: Pustostan
Wysłany: 11-11-2011, 04:42   

Dzień piąty


Zapach morza, śpiew mew, błękitne niebo bez żadnej chmury, jasne i gorące słońce... Wymarzony poranek podróżnika! Do pełni szczęścia brakowało jedynie orzeźwiającej kąpieli w Adriatyku i zimnego prysznica na kamienistej adriatyckiej plaży – ale i to udało się zrealizować.





Pełen sił i zapału ruszyłem na zwiedzanie Splitu, tym razem za dnia. Split ogólnie jest pięknie położonym miastem, dość zadbanym, z ładną architekturą na około starówki, ale największe wrażenie robi ścisłe, pamiętające czasy antyku centrum. Najstarsza jego część to pałac Dioklecjana z trzeciego wieku. Właściwie wszystko jest warte zobaczenia i opisania, od piwnic, przez piękny dziedziniec, po mauzoleum i wieżę kościelną. Do pałacu od strony morza przylega piękna promenada z widokiem na port.

























Wśród malowniczych, białych uliczek znaleźć można targ rybny. Miałem okazję bywać na różnych targach rybnych, gdzie nawet przy dużo niższej temperatury zapach nie był zbyt zachęcający. Ale nie w Splicie! Tam rybami i owocami morza po prostu pachniało i to mimo ponad 30 stopni w cieniu.





Ludzi chodzących wąskimi uliczkami było sporo, jednak nikomu nigdzie się nie spieszyło. Trudno było się oprzeć i nie usiąść w knajpce, które można znaleźć na każdym kroku, by przy kieliszku śliwowicy nie napisać pocztówki do zamartwiających się bliskich. Niestety musiałem ruszać dalej.
Zanim wyjechałem z miasta postanowiłem się udać na pobliskie, zazielenione wzgórze z dość ciekawym widokiem na Split. Niestety rozładował się aparat i nie mam zdjęć. Dodam jeszcze, że przejazd naokoło centrum jest możliwe, jednak należy uważać na uliczki węższe od auta bez złożonych lusterek, do tego strome, ślepe i jednokierunkowe. Zdecydowanie lepiej podróżować pieszo.
Po kluczeniu po centrum skierowałem się w stronę Bośni i Hercegowiny, jednak zanim odbiłem w głąb półwyspu, mogłem nacieszyć oczy przepięknymi widokami wybrzeża Adriatyku.



Dalej, od granicy chorwacko-bośniackiej w oko wpadały strzeliste minarety oraz zniszczenia z działań wojennych towarzyszących rozpadowi Jugosławii. W Bośni i Hercegowinie nie ma problemu z płaceniem w euro, jednak warto zaopatrzyć się w marki bośniackie. W wielu miejscach ceny w euro są wyższe, niż wskazywałby na to przelicznik kursowy.
Moim kolejnym przystankiem była stolica Hercegowiny, czyli Mostar (1861). Miasto otaczają góry i przepływa przez nie rzeka Neretwa. Kamienny most, o którego Mostar wziął nazwę, wybudowany został w szesnastym wieku i stanowi główny zabytek miasta, również na okolice mostu, czyli kamienne budynki i baszty, warto zwrócić uwagę. Na licznych straganach można zaopatrzyć się w różne miejscowe specjały, część forumowiczów miała okazję skosztować jednego z nich (choć chyba nie trafił we wszystkie gusta).













Noclegi w prywatnych kwaterach nie należą do drogich (kilka do kilkunastu euro za noc), tak więc po powrocie o zmroku mogłem wypocząć w wygodnym apartamencie z widokiem na walący się mur.




Dzień szósty


Korzystając z luksusu, jakim było łóżko, niespiesznie wyruszyłem z Mostaru w dalszą drogę. Pogoda była aż nazbyt dobra, termometry w ciągu dnia wskazywały 37 stopni (a kto mnie zna, ten wie, że przy ponad dwudziestu zaczynam się źle czuć). Kolejny punkt podróży nie był daleko i po kilkudziesięciu minutach dojechałem do Medjugorje (1892). Miejsce to wzbudza liczne kontrowersje wśród wiernych. Trzydzieści lat temu miało tu dojść do objawienia się Matki Bożej grupce dzieci. Kościół do dziś bada tę sprawę, niemniej nie przeszkadza to licznym pielgrzymkom w przyjeździe i modlitwie w jednym z kilku miejsc w mieście i wokół niego.
Sam zacząłem od zobaczenia kościoła św. Jakuba pełniącego rolę sanktuarium (ale póki co nim nie jest). Następnie, nie zważając na upał i trudne warunki terenowe, wybrałem się na Górę Objawień. Idzie się tam po bardzo nierównych skałach, nieznacznie wytartych przez stopy i kolana pielgrzymów, a wzdłuż trasy ustawione są stacje drogi krzyżowej. W miejscu objawienia stoi figura Matki Boskiej oraz krzyż.











Około 14.00 byłem już przy aucie i ruszyłem w dalszą drogę – do Sarajewa (2052). Bośnia i Hercegowina nie jest wielkim państwem, w centrum parkowałem około 17.30. Na zwiedzenie po łebkach wystarczy poświęcić trzy godziny, choć zostaje po tym spory niedosyt. Z perspektywy czasu żałuję, że nie zatrzymałem się na noc, by poznać to niesamowite miasto trochę lepiej.
Sarajewo zostało założone przez Turków w XV wieku i położone jest między pięcioma szczytami górskimi. Obrzeża miasta pną się po stromych górskich zboczach. Większość rzeczy wartych zobaczenia rozlokowana jest wokół historycznego centralnego punktu będącego ujęciem wody. Do dziś ujęcie jest czynne, a woda czysta i smaczna. Wokół ujęcia rozpościera się historyczny bazar, na każdym kroku natknąć się można na mniejsze i większe meczety. W tej części widać, że miasto zostało założone przez Turków, a wpływy muzułmańskie wciąż są wyraźne. Kobiety chodzą w tradycyjnych strojach, meczety tętnią życiem, pięć razy dziennie słychać wezwanie do modlitwy z głośników na minaretach. Jednak w Sarajewie widać wyraźnie, jaki to tygiel kulturowo-religijno-narodowy. Kawałek dalej podziwiać można drugą co do wielkości katedrę prawosławną na Bałkanach, a także imponującą katedrę katolicką. Wystarczy przejść kilkaset metrów i rzekę Miljackę, by zobaczyć dość dużą czynną synagogę. Wiele budynków powstało po wcieleniu miasta do Austro-Węgier w 1878 roku. To tu w 1914 roku doszło do udanego zamachu na życie księcia Franciszka Ferdynanda, co było bezpośrednią przyczyną wybuchu I Wojny Światowej. Ostatnie działania wojenne miały miejsce w 1995 roku, kiedy Sarajewo było oblężone, ostrzeliwane i bombardowane, a ślady po tych wydarzeniach widać prawie na każdym kroku. Dopiero mając świadomość trudnej historii, ale też trudnej teraźniejszości tego miejsca, można odkrywać jego niezwykłość.























Drogi w Bośni i Hercegowinie nie należą do przyjaznych niezorientowanemu podróżnikowi. Nie mogłem ściągnąć mapy tego kraju na GPS, jednak pomyślałem, że trzymając się dróg krajowych nie będę miał problemu z przejazdem do Czarnogóry. Myliłem się.
Z parkingu w centrum wyruszyłem około 20.30, jednak na dobre z Sarajewa wydostałem się grubo po zmroku krążąc po jego peryferiach wte i wewte. To jednak nic. Jechałem zgodnie ze znakami drogą krajową aż do miejsca, gdzie droga była remontowana i zauważyłem znak mówiący o objeździe. Proszę to sobie uświadomić: środek nocy, ciemny las, góry, a droga z średniej jakości po pasie w każdą stronę zmienia się w dużo bardziej krętą dróżkę miejscami bez asfaltu szeroką na półtora auta. Taką drogą, jadąc kilkadziesiąt kilometrów, dojechałem do... nie wiem, gdzie dojechałem. Szukając odpowiedzi na temat swojego położenia w napotkanej stacji benzynowej (pierwszy ślad cywilizacji od wspomnianej wcześniej tablicy!) dowiedziałem się, że pojechałem kilkadziesiąt kilometrów w złym kierunku. Zdesperowany zakupiłem dokładną mapę regionu i wróciłem się tym samym ciemnym lasem do wspomnianej tablicy, a nawet kawałek wcześniej i w końcu, obierając właściwą drogę, o trzeciej w nocy dotarłem do granicy z Czarnogórą. W sumie nadłożyłem około 130 km.


Dzień siódmy


Wjazd do Czarnogóry wiąże się z opłatą ekologiczną 10 euro za pojazd. Przynajmniej byli bardziej subtelni od pograniczników z granicy Chorwacko-Bośniaskiej, którzy banknot przyjmowali w paszporcie i nie dawali fikuśnych nalepek na auto.
Wyjeżdżając z Sarajewa planowałem dotrzeć około północy do górskiej miejscowości Żabljak w parku Durmitor, jednak krążenie po lesie dość skutecznie te plany pozmieniało. Postanowiłem więc nie objeżdżać całego płaskowyżu głównymi drogami, by wjechać nań z drugiej strony, a wjechać lokalnymi drogami niemal w linii prostej. Sęk w tym, że lokalne, wąskie asfaltowe drogi przechodziły w zawalone kamieniami dróżki, a te w ledwie utwardzone trasy offroadowe. Nie zrażając się w końcu dojechałem na szczyt i powiem jedno: nie planowałem tu być, zwłaszcza o tej porze, ale Park Narodowy Durmitor o świcie to najpiękniejszy widok, jaki widziałem w tej podróży.











Znów zaznaczę, że zdjęcia nie oddają wszystkiego. Po kilkudziesięciu minutach jazdy, podziwiania i robienia zdjęć dojechałem do Żabljaka (2396). Po dwugodzinnej drzemce w aucie pojechałem rozejrzeć się za pewną atrakcją, która mnie tu sprowadziła. Mało planowałem na ten wyjazd, ale ten punkt programu musiał zostać spełniony. Już w pierwszym ośrodku okazało się, że wystarczy poczekać pół godzinki i ktoś po mnie przyjedzie. Tak też się stało.
Po przejeździe terenowym wozem na drugi koniec płaskowyżu w pobliże rzeki Tara zostałem dołączony do grupy sympatycznych Czechów. Dostaliśmy kapoki, kaski, krótkie przeszkolenie i już po chwili ciągnęliśmy ponton nad brzeg rzeki. Tak, rafting kanionem Tary to główna atrakcja tego regionu. Koszt, w zależności od oferty, waha się od ok. 40 euro za sam spływ i przejazd, do kilkuset za kilkudniowy spływ z wyżywieniem i noclegami. Ja skusiłem się na najprostszą opcję.
Spływ zaczynaliśmy w miejscu, gdzie Tara płynie dość leniwie, bez problemu mogliśmy po kilku minutach zejść na brzeg, by zobaczyć wpadający do rzeki rwący górski potok. Kawałek dalej kolejna atrakcja – skoki z kilku metrów do lodowatej wody. Nie mogłem przepuścić takiej okazji!







Jeszcze kawałek dalej ostatni fragment powolnego spływu i okazja na zrobienie zdjęć imponującemu mostowi – jednemu z najwyższych w Europie. Zaraz potem wszystkie aparaty powędrowały do wodoszczelnego wora, a my, słuchając uwag opiekuna i sternika, walczyliśmy z pagajami, by omijać zdradzieckie skały i utrzymać się na kaskadach. Na brzeg schodziliśmy przemoczeni do suchej nitki.
Wracając do Żabljaka dowiedziałem się, że rafting to tylko jedna z wielu atrakcji tego regionu. Żabljak jest czarnogórską stolicą sportów zimowych, a w okolicy pełno jest wyciągów narciarskich. Do tego będąc w okolicy nie można nie spróbować owczego sera. Ten piękny, górzysty kraj pomału zostaje dostrzegana przez turystów, tak więc radzę się spieszyć, nim ceny pójdą w górę!
Po powrocie do auta udałem się nad most, pod którym dopiero co przepływałem. Z góry robi równie dobre wrażenie. Po drugiej stronie mostu znajduje się średniowieczna, romańska cerkiew, ale niestety była zamknięta.













Po podziwianiu widoków skierowałem się na południowy wschód. Przez jakiś czas droga wiodła mnie kanionem Tary, by później wjechać w góry. Trasa była piękna, choć miejscami trzeba było uzbroić się w cierpliwość ze względu na utrudnione wyprzedzanie.









Przed dwudziestą drugą byłem już przed granicą z Serbią (choć wielu uważa, że to już Republika Kosowa). Postanowiłem przespać się przed dalszą drogą.


Dzień ósmy


Przed piątą ruszyłem w dalszą trasę. Zaraz za granicą Czarnogórską zobaczyłem, czemu ten kraj nazywa się CzarnoGÓRA i jak ma się do tego niżej położone Kosowo.



Po chwili spotkała mnie niemiła rzecz. Przy wjeździe do Kosowa należy wykupić obowiązkowe ubezpieczenie, gdyż nie obowiązuje tam Zielona Karta. A najtańsze, dwutygodniowe ubezpieczenie kosztuje 30 euro! Rozbój w biały dzień. No trudno, zacisnąłem zęby i ruszyłem w stronę historycznego miasta Prizren. Wcześniej jednak postanowiłem nadłożyć trochę kilometrów, by zobaczyć stolicę samozwańczej Republiki Kosowa, czyli Prisztinę (2814). Nie mogłem wcześniej znaleźć żadnych przewodników, czy innych materiałów odnośnie tego miasta i teraz już wiem, dlaczego. Otóż nie ma tam nic ciekawego. W Prizrenie (2884) było nieco lepiej, choć liczba ciekawych miejsc również nie powalała na kolana. Mimo wszystko pospacerowałem po tym mieście, by po godzinie ruszać w dalszą podróż.



Poruszanie się po Kosowie jest bezpieczne. Co chwila widać pojazdy sił międzynarodowych, a ludzie są przyjaźnie nastawieni do turystów.
Chwila moment i byłem w Macedonii. Radzę tu zaopatrzyć się w drobne na bramki autostradowe (stosują jakiś dziwny przelicznik z euro) oraz w paliwo, które było najtańsze spośród wszystkich odwiedzonych przeze mnie krajów (za to w Grecji, w której zaraz miałem się pojawić, było jedno z najdroższych paliw). Kolejna chwila bez zjeżdżania z autostrady i byłem w Grecji. Kolejne kilka chwil i kilka bramek i byłem prawie tysiąc kilometrów dalej, niż rankiem. Pierwszy raz od chwili wyjazdu rozmawiałem z kimś znajomym. Jedynym poważnym planowanym punktem mojej wyprawy, którego nie udało się spełnić, było spotkanie z jednym z forumowiczów, który aktualnie udaje Greka. Właściwie jeszcze kilka dni podróżowania wokół Morza egejskiego myślałem, jakby tu tanim kosztem dostać się na Rodos, niestety bez skutku. O północy byłem na przedmieściach Aten.


cdn...
 
 
 
millo 
Podróżnik



Dołączył: 25 Gru 2003
Posty: 482
Skąd: Pustostan
Wysłany: 13-12-2011, 04:12   

Dzień dziewiąty

W centrum Aten (3688) parkowałem około dziesiątej, jednak już wcześniej udało mi się poznać przywiązanie Greków do tradycji. Przejazd koło budynku parlamentu był utrudniony ze względu na paradę wojskową, w której brali udział żołnierze w historycznych strojach.
Zaraz po znalezieniu wolnego darmowego miejsca postojowego skierowałem się w stronę Akropolu, u którego podnóży znajduje się jemu poświęcone muzeum. I tu miła niespodzianka – muzea i parki historyczne w Atenach są darmowe dla studentów z krajów Unii. W przyjemnie klimatyzowanych salach zobaczyć można fragmenty budynków i posągów starożytnego Akropolu, ich rekonstrukcje, ale też przedmioty codziennego użytku. W budynku obowiązuje zakaz fotografowania.
Następnie skierowałem się na Akropol. Temperatura była bliska czterdziestu stopni w cieniu, a u tak cienia jak na złość było bardzo mało. Jeszcze przed wejściem na sam szczyt podziwiać można Odeon Heroda Attyka, w którym do dziś odbywają się imprezy kulturalne, Teatr Dionizosa i inne lepiej lub gorzej zachowane ruiny.
Prawdziwą atrakcją miał być sam Akropol. Niestety kryzys daje się we znaki i zastałem tam same ruiny. Ale jest nadzieja, bo rusztowania i dźwigi wskazują, że Grecy wzięli się za remont tego wszystkiego.















Wrażenie robi ogrom, geometryczna perfekcja, uniwersalny styl, a jak jeszcze próbowałem sobie wyobrazić na podstawie widzianych w muzeum rekonstrukcji i animacji stan z czasów świetności, to nie mogłem wyjść z podziwu dla starożytnych Greków. Dodatkowo podziwiać można widok na całe miasto, aż do morza.



Po przeciwnej stronie wzgórza kolejne pozostałości z czasów antyku, czyli Agora ateńska. Kiedyś tętniło tu codzienne życie, dziś ledwie widać granice placu, obrysy budynków, pozostałości kolumnad. Znajduje się tu też zrekonstruowany budynek z kolumnadą mieszczący muzeum z eksponatami z różnych epok znalezionymi w tym miejscu.





Dziś tłoczno i gwarnie jest kilkaset metrów dalej wśród wąskich uliczek i placów otoczonych straganami, sklepikami i restauracjami. Natknąć można się również na kupców i rzemieślników z dalekiej Afryki.







Kolejne kilkaset metrów i kolejny centralny punkt życia miejskiego, tym razem z czasów rzymskich – Forum Romanum. Znowu widoczne są głównie obrysy budynków, a także świetnie zachowana Wieża Wiatrów z pierwszego lub drugiego wieku p.n.e.





Stąd już tylko kawałek do budynku parlamentu greckiego. Właściwie sam budynek nie jest za ciekawy, jednak jego otoczenie – to co innego. Przed budynkiem znajduje się grób nieznanego żołnierza z wartą honorową w historycznych strojach. Natknąć się można było na transparenty zostawione przez Greków z ruchu odurz... oburzonych. Zaś za parlamentem znajduje się wspaniały park zwany Ogrodami Narodowymi.





Właściwie co krok natknąć się można na jakieś ruiny, coś starożytnego, w ostateczności na muzeum. Nie ucieknie się przed tym nawet na stacji metra! Na stadion z III w. p.n.e, na którym odbyły się pierwsze nowożytnie igrzyska olimpijskie, natknąłem się całkiem przypadkiem, podobnie jak na kilka innych wcale niemałych zabytków.









Jeszcze przed zmrokiem wyjechałem z Aten. Około północy zatrzymałem się na przydrożnym parkingu na sen.

Dzień dziesiąty

Wczesna pobudka, szybkie śniadanie i jeszcze przed siódmą byłem już w drodze do Kalambaki (4117). Kalambaka leży u stóp masywu Meteorów, na szczytach którego znajdują się monastyry, czyli klasztory prawosławne. Zostały one wybudowane przez mnichów szukających odosobnienia i początkowo jedyną drogą do monastyrów były niewielkie dźwigi.
Obecnie można zwiedzać sześć klasztorów, do których można spokojnie dojechać samochodem. Zwiedzających obowiązuje odpowiedni, godny strój zakrywający ramiona i nogi (rzecz jasna to chodzenie po schodach w te i wewte w długich spodniach odbyło się przy prawie czterdziestostopniowym upale). Wszystkie klasztory z zewnątrz sprawiają wspaniałe wrażenie, jednak na dokładne zwiedzanie wybrałem jedynie dwa: Przemienienia Pańskiego oraz Warłama. W obu część pomieszczeń jest zaadaptowana na muzeum, część pokazuje klasztorne życie, a jeszcze inna część jest niedostępna dla zwiedzających, gdyż klasztory są wciąż zamieszkałe przez mnichów szukających odosobnienia.























Po kilku godzinach zwiedzania w końcu wróciłem do klimatyzowanego auta i udałem się w dalszą podróż. Późnym popołudniem dotarłem do Salonik (4350).
Prawdę mówiąc nie wspominam za dobrze pobytu w stolicy greckiej Macedonii. Planowałem zostawić tu auto na kilka dni i pojechać pociągiem do Istambułu, jednak Grecja, z powodu kryzysu, zawiesiła wszystkie kolejowe połączenia międzynarodowe. Nie zdecydowałem się również na drogie połączenie autokarowe, na które w dodatku musiałbym czekać ponad dobę (a sprzedawca ostrzegał, że prawdopodobnie i jeszcze dłużej). Trudno, musiałem liczyć na plan „B” jak „Bułgaria”.
Kolejnym powodem mojego niezadowolenia było zastane w centrum miasteczko namiotowe odurz... oburzonych anarchistów. Samo miasto jest ładne, może się pochwalić ładnym nabrzeżem, robiącym bardzo dobre wrażenie centralnym Placem Arystotelesa, wieloma zabytkami i pomnikami. Jednak wszystko to ginie przy dzikim obozowisku wokół Białej Wieży pełnym namiotów, kupców i rzemieślników z dalekiej Afryki oraz hałaśliwych statków – dyskotek cumujących przy nabrzeżu. Dobrze chociaż, że wraz ze zmierzchem przyszedł chłód (nigdy wcześniej nie sądziłem, że mogę tak nazwać dwudziestopięciostopniowy zefirek). Nie wiem, jak niektórzy mogą mieszkać w tym mieście...





















Około 22. wyjeżdżałem z miasta na północ. Nocleg – standardowo, parking przy szosie.

Dzień jedenasty

Po niecałej godzinie od wyruszenia w dalszą trasę byłem już w Bułgarii. Do poruszania się po kraju potrzebna jest winieta (około 6 euro). Warto też zatankować dopiero tutaj, gdyż paliwo jest znacznie tańsze niż w Grecji. Około południa byłem już w Sofii (4724).
Nie oszukujmy się, nie jest to turystyczne El Dorado. Od razu skierowałem się na dworzec kolejowy. Pociągi do Istambułu jeździły często, szybko i niedrogo, jednak na wolne miejsce musiałbym czekać kilka dni. Zmartwiłem się, bo Istambuł był głównym punktem mojej wyprawy, jednak miła Pani z informacji poleciła mi udać się na dworzec autobusowy. I był to strzał w dziesiątkę! Bilet kosztował mnie niecałe 35 euro w dwie strony (jakieś 1200 km!), autokar miał gdzieś jedną czwartą obłożenia, klimatyzację, telewizję satelitarną, Wi-Fi i napoje w cenie. PKS się chowa! Po wymianie w kantorze zostało mi kilka lew, za które mogłem się najeść, napić i jeszcze kupić prowiant na drogę. Po schłodzeniu się kilkoma piwami o 21.30 ruszyłem na Istambuł!




cdn...
 
 
 
millo 
Podróżnik



Dołączył: 25 Gru 2003
Posty: 482
Skąd: Pustostan
Wysłany: 11-01-2012, 05:05   

Dzień dwunasty


Spałem sobie w najlepsze, gdy nagle, o czwartej nad ranem obudził mnie jakiś Turek krzycząc coś niezrozumiale. Trochę mnie to zdziwiło, a nawet przestraszyło, jednak zaraz potem uświadomiłem sobie, że jestem w autokarze relacji Sofia – Istambuł, a ten arab to kierowca mówiący, by przygotować paszporty. Na granicy musiałem zakupić wizę turystyczną (płaciłem 15 euro, choć wszędzie podają, że kosztuje 10...), a następnie ustawiłem się ze swoim bagażem w szeregu z resztą podróżujących. Kontrole na granicy są dość dokładne, na szczęście jeszcze w liceum nauczyłem się tak układać rzeczy w plecaku, by wścibskie ręce nie znalazły niczego, przez co mógłbym mieć jakieś nieprzyjemności. Wciąż bowiem myślałem, by może tanio z Istambułu dostać się do Bodrum, a stamtąd promem na Kos, gdzie nie chciałem się zjawiać z pustymi rękoma.
Około dziewiątej byłem już na dworcu autobusowym w Istambule – większym, niż każdy z Was może sobie wyobrazić. Ze wszystkich stron bez przerwy przyjeżdżały tu setki autobusów z całej Turcji i Bałkan. W obrębie kilku kilometrów, gdzie okiem nie sięgnąć – autokary! Były ich tysiące! A przy tym wszystko uporządkowane. Bez trudu znalazłem pawilon swojego przewoźnika wśród setki innych i wypytałem o powrót.
Następnie skierowałem się na stację metra, by po kilkunastu minutach znaleźć się w centrum. Za przejazd metrem, szybkim tramwajem oraz promem należy zapłacić specjalnym tokenem (do kupienia w każdym kiosku za równowartość ok. 3 zł). Można się bawić w jakieś specjalne elektroniczne cudo, ale moim zdaniem ewentualne oszczędności nie są warte zachodu. Warto dość szybko wymienić walutę. Euro w kantorach można sprzedać niemal bez prowizji, zaś w sklepach i recepcjach hotelowych jeżeli jest możliwość płacenia w obcych walutach, to zwykle po mało korzystnym kursie. Warto też zaopatrzyć się w wodę. Lepiej kupować litrowe butelki w normalnych sklepach, niż przepłacać na ulicznych straganikach, a będziecie potrzebować około trzech – czterech litrów wody dziennie. Turcy są przyjaźnie nastawieni do turystów, nie ma też problemu z dogadaniem się po angielsku w sklepach, hotelach, czy kasach. Do tego często można spotkać pomocnych wolontariuszy.
Miałem ze sobą listę tanich hosteli w centrum, jednak za radą pewnego sklepikarza skierowałem się do hotelu oddalonego kilkaset metrów od głównych atrakcji Istambułu. Pokój nie należał do tych o najwyższym standardzie, ale przynajmniej nie było drogo – skasowano mnie na 24 euro za dwa noclegi w ośmioosobowym pokoju. Nie żałuję, choć da się znaleźć tańsze i lepsze miejsca.



Ratując się przed upałem postanowiłem zwiedzić cysterny miejskie, czyli ogromne podziemne zbiorniki wody pitnej z czasów starożytnych. Kilka metrów pod poziomem ulic panował miły chłód oraz tajemnicza atmosfera. Z niewiadomych przyczyn starożytni osadzili dwie kolumny na odwróconych głowach mitycznej meduzy.









Następnie skierowałem się na północ w stronę cieśniny Bosfor, która rozdziela europejską i azjatycką część miasta. Dodatkowo europejska część podzielona jest zatoką Złoty Róg. Między wszystkimi częściami miasta kursują regularnie promy pasażerskie. Kursują również wycieczkowe, jednak koszt takiego rejsu to równowartość kilkudziesięciu złotych, zaś kurs pasażerski to nieco ponad trzy złote. Zanim jednak skorzystałem z promu postanowiłem przejść do dzielnicy Galata mostem Galata w kierunku wieży Galata (łatwo wszystko spamiętać mimo iż minęło już pół roku). To właśnie mieszkańcy tej założonej przez kupców genuańskich dzielnicy byli adresatami biblijnego listu św. Pawła.







Idąc wzdłuż Bosforu dotarłem do pałacu Dolmabahçe, który oczywiście okazał się być zamknięty dla zwiedzających ze względu na późną godzinę. A szkoda, bo pałac ten to perła osmańskiego baroku i świadek wielu historycznych wydarzeń. No nic, brama pałacu też niejedno widziała, a na piękną wieżę zegarową na pewno patrzyło wielu władców z Atatürkiem na czele.





Jak już pisałem we wstępie w czasie swojej podróży zwiedziłem aż dwa kontynenty. W Istambule to nie problem, wystarczy wsiąść na prom, by po chwili stąpać po Azji. Prawdę mówiąc na azjatyckiej stronie nie zwiedziłem niczego, zrobiłem kilka zdjęć Bosforu i Europy i już wracałem. Warto było, bo europejska część Istambułu bardzo ładnie się prezentuje z bosforskich promów. Mogłem też z dość bliska zobaczyć Wieżę Leandra znajdującą się na malutkiej wysepce kilkaset metrów od azjatyckiej części miasta. Wysepka ta, mimo niewielkich rozmiarów, była miejscem akcji wielu filmów, a nawet gier komputerowych (ponoć wystąpiła w Assassin's Creed: Revelations).









Jako że już pomału robiło się ciemno, na deptaku İstiklal, najbardziej wystawnej ulicy łączącej plac Taksim z wieżą Galata, zaczęło robić się tłoczno. Istambuł ma wiele do zaoferowania spragnionym zabawy podróżnikom, a w tej części miasta ruch zaczyna się dopiero po zmroku. Jednak jako porządny podróżnik nie dałem się skusić i wróciłem do hotelu. Po drodze mogłem podziwiać pięknie podświetlone meczety i inne budynki. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie panorama najstarszej części miasta widziana znad Złotego Rogu.







[





Dzień trzynasty


Pełen sił po nocy spędzonej w ośmioosobowym, nieklimatyzowanym pokoju ruszyłem zobaczyć najwspanialsze budowle Turcji oddalone od siebie ledwie kilkaset metrów. Pierwszą z nich jest meczet Sultan Ahmed zwany też Błękitnym meczetem. Wybudowany na początku siedemnastego wieku miał pokazać wielkość Imperium Osmańskiego. Meczet do dziś pełni funkcje religijne, jednak bez przeszkód można go zwiedzać przestrzegając takich zasad jak brak butów i odpowiedni strój. Brak butów w połączeniu z panującymi tam upałami, tysiącami turystów i wiernych oraz puszystym, miękkim dywanem tworzy niepowtarzalną atmosferę. Wnętrze zachwyca ogromem i wspaniałymi, zdobionymi, błękitnymi płytkami pokrywającymi ściany. Do tego wnętrze jest jasne dzięki setkom okien. Całość wieńczy ogromna kopuła – element będący od zawsze popisem architektonicznego kunsztu.













Turcy chcieli tą budowlą przyćmić inną świątynię stojącą właściwie po sąsiedzku. Haga Sofia, bo o tej świątyni mowa, pochodzi z trzeciego wieku naszej ery i została wybudowana jako kościół chrześcijański. Obecny kształt otrzymała w szóstym wieku. Po zdobyciu miasta w 1453 Osmani zmienili kościół w meczet zamalowując złote mozaiki i dobudowując minarety. Po rewolucji Atatürk w 1932 roku nakazał urządzić w świątyni muzeum, które funkcjonuje do dziś. Moim skromnym zdaniem Turkom nie udało się przyćmić Hagi Sofii, mimo że Błękitny meczet powstał ponad tysiąc lat później. Większa przestrzeń, wspanialsze, złote mozaiki zdobiące wnętrze, wyższa i szersza kopuła – na każdym polu wygrywa wczesnośredniowieczny klejnot Bizancjum.















Kilkaset metrów dalej znajduje się kolejny wspaniały obiekt – Pałac Topkapi. Wybudowany zaraz po zdobyciu Konstantynopola przez Turków był siedzibą wielu sułtanów. Już po przekroczeniu bajkowej bramy Orta Kapı kompleks pałacowy zachwyca (wiem, jestem nudny) ogromem i bogactwem. Część sal zachowano tak, jak wyglądały w czasach sułtanatu, inne przerobiono na sale muzealne gromadzące przedmioty związane z historią Turcji oraz islamu. Wszystko zgromadzone jest wokół pięknych, zielonych dziedzińców, a z okien pałacu roztacza się widok na Bosfor.











Kolejną rzeczą, której nie można pominąć odwiedzając Istambuł, jest Kryty Bazar. Oczywiście wielki, wspaniały, ple ple ple. Dzieli się na kilka części o odmiennym wystroju i dziedzinie sprzedawanych towarów. Pochwalę się, że za bezcen udało mi się kupić u prawdziwego Turka oryginalną, modną koszulkę z naszytym krokodylkiem schodząc z 35 lir tureckich (kiedy jeszcze sprzedawca nie odnosił się do mnie inaczej, jak „my friend”) do dziesięciu i pół liry (kiedy to przestałem być jego przyjacielem).









Zadowolony z zakupów postanowiłem odpocząć nad morzem Marmara na południu półwyspu. Rejony te nie są raczej odwiedzane przez turystów, za to chętnie gromadzą się tu całymi rodzinami Turcy. Była też sposobność na zrobienie artystycznej fotki tureckim dzieciom.









Szczęśliwy po udanym dniu wracałem do hotelu wzdłuż ruin murów miejskich, a następnie przez park obok Błękitnego meczetu, gdzie również czas spędzały rodziny z dziećmi. Widok ten wprawił mnie w jeszcze lepszy nastrój, ale także kazał mi zatęsknić za moimi bliskimi i domem, od którego dzieliło mnie kilka tysięcy kilometrów.







Dzień czternasty


Właściwie to jest to moment mojej podróży, w którym zacząłem wracać do domu. Oczywiście zobaczę jeszcze wiele ciekawych rzeczy, jednak do tego momentu cały czas oddalałem się od domu, a teraz będę nieustannie się do niego zbliżać. Spakowałem się, opuściłem hotel i skierowałem znów do dzielnicy Galata, po drodze wstępując na dworzec kolejowy – ostatni przystanek Orient Expressu. Następni zwiedziłem kościół św. Antoniego z Padwy (nie jest to największa atrakcja turystyczna Istambułu), a także boczne uliczki, które od razu przywiodły mi na myśl Genuę – miasto, z którego przypłynęli założyciele tej dzielnicy. Jedna z tych bocznych uliczek rozwiała moje wszelkie wątpliwości na temat europejskości Istambułu.







[







Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na zatokę Złoty Róg, jeszcze rzut oka na pochodzący z czwartego wieku Akwedukt Walensa i już musiałem potwierdzać rezerwację na autokar powrotny. Zazwyczaj śpię na dłuższych trasach, jednak tym razem długo nie mogłem zmrużyć oka porządkując w myślach wspomnienia z ostatnich dwóch tygodni. Ale w końcu zasnąłem.








cdn...
 
 
 
ninti 
Obieżyświat



Dołączyła: 02 Sty 2004
Posty: 793
Skąd: Lublin
Wysłany: 12-01-2012, 07:28   

O nieee!
Ostatni wpis mnie zabił!
Wszystko wygląda żywcem jak z Assassin's Creed!
Eh Miłosz, gdybym wiedziała, że to tak będzie wyglądalo to bym rzuciła wszystko i dokleiła się do tej Twojej wycieczki!

Tzn nie chodzi o to, że chciałabym tam jechać tylko ze względu na AC, bo i tak wszystko wygląda super, najbardziej mi się podoba ten podziemny zbiornik wodny i meczet Sultan Ahmed.

Nie mogłeś tego sprawozdania zamieścic przed wyjazdem? :P
_________________
Musisz wiedzieć, Gość, że jem mięso, palę, piję alkohol i biorę narkotyki. Jestem wotrowiczem, a wotrowicze takie rzeczy robią.
 
 
Mo
[Usunięty]

Wysłany: 12-01-2012, 09:36   

millo - jakby kiedyś zachciało Ci się jechać do Chin... oczywiście to delikatna sugestia: JEDŹ TAM DO CHOLERY !! :P I zrób sprawozdanie z mnóstwem zdjęć!! :D

Podoba mi się to co robisz. Zresztą wszyscy jakby tylko na to czekali w tym temacie... ;)
 
 
Cez 
World of Tomb Raider



Dołączył: 12 Gru 2003
Posty: 3979
Skąd: Tczew/3city
Wysłany: 24-10-2012, 18:16   

Wraz z Kyo zwiedzilismy Rzym :) W ciągu 4 dni zobaczylismy naprawdę sporo miejsc, a przy ich wyborze kierowalismy się znanymi nam lokacjami z gier Tomb Raider: Chronicles, Assassin's Creed II, Assassin's Creed: Brotherhood oraz z książki/filmu Anioły i Demony.

Na poniższej FotoMapce zamieszczam lokacje, które udało się nam odwiedzić i uwiecznić :)

https://fbcdn-sphotos-d-a.akamaihd.net/hphotos-ak-ash3/177624_438486906187899_1812571616_o.jpg

W przyszłym roku planujemy zwiedzić kolejne miasta związane z serią TR i AC :) Boję sie jednak, że Rzym postawił wysoką poprzeczkę kolejnym miastom. Nie ma chyba takiego drugiego na świecie, ktory oferowałby takie zagęszczenie zabytków na kilometr kwadratowy. Coś niesłychanego. Mekka dla fanów TR i AC!

Polecam Wam wszystkim podobną wyprawę :) Gdyby ktoś potrzebował wskazówek co do organizacji czy tez szlaków, którymi chodziliśmy, to chętnie pomogę :)
_________________
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


© 2002 - 2017 World of Tomb Raider | WoTR na Facebooku



Nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Więcej o cookies powie Ci wujek Google.

phpBB by przemo  
Strona wygenerowana w 1.29 sekundy. Zapytań do SQL: 10