To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Forum World of Tomb Raider
Forum serwisu World of Tomb Raider

Offtopic - Podróże

jolajola1 - 26-12-2008, 16:03

za 2 i pół godziny mam samolot do Afryki !

egipt, hurgada, rafy, dolina królów, karnak, miejscowe alkohole,
zamierzam chodzić w mini i kusić ręce arabów
jazda na wielbładach po pustyni, głaskanie skorpionów i krokodyli
i nie wiem, co jeszcze....

jolajola1 - 29-12-2008, 21:20

26 grudnia
Drugi dzień Świąt. Koło 14 ruszamy samochodem z Warszawa do Katowic, Pyrzowic. Jeszcze z miasta nie wyjechaliśmy, gdy brzdęk! mandat 2 stówy za przekroczoną prędkość... jakby było mało złych znaków.
Bo w Święta mój mąż się ciężko rozchorował, dzieci olały przedświąteczną pomoc i zmęczenie i w ogóle...
Ale nic. Jedziemy. Śnieg prószy. Zimno.
Jedziemy. Ja i mój Pan i Władca, synek w wieku prawie dorosłym i córunia niedorostek.
W Katowicach zostawiliśmy samochód na parkingu. Sam został wśród obcych samochodów, wcale ich nie zna i stał taki zawstydzony w pewnym oddaleniu. Poklepaliśmy go na pożegnanie.
Pan i Władca egzystuje na gripeksie i acodinie i zinnacie, córce zaczyna się przeziębienie z katarem....
Co jeszcze będzie źle....?
W baltonie na wolnocłówce nie ma szampana, para z kolejki, stojąca przed nami, wzięła ostatniego. W kasie w Keranicie nie przechodzą karty płatnicze, gotówkę trzeba było naruszyć. Wrrrr.
Samolot Lotus Air, załoga po polsku tylko dzień dobry i dowidzenia. Z okien samolotu widać małe zwały śniegu, odgarnięte z pasa, sypie....
A przy lądowaniu tez powyżej pasa widać... pustynne kamyki, kamienie, piach.
Jesteśmy w Hurgadzie. Przy lądowaniu samolot wykonał... nie, nie typowego kangura, tylko lekko go zawinęło najpierw w jedną, potem w drugą stronę. W poślizg wpadł, czy co ? Polskosamolotowe brawa dla kapitana zabrzmiały tym razem ze znacznym opóźnieniem, i jakby ciszej.
Po wyjściu z samolotu przede wszystkim WIEJE zimny wiatr. Co prawda jest 19 stopni, to nie mroźny śnieg w kraju, ale zawsze... to Afryka, człowiek liczył na gęste uderzenie upału.
Autokar po różnych hotelach porozwoził „wczasowiczów”, nasz hotel ostatni. Jest 2:30 w nocy, ponad 12 godzin podróży.
A po drodze, przy wcześniejszym hotelu, na chwilę wyszliśmy z autokaru, a tam w menu baru hotelowego była Polonez Pizza, z mielonką!!!
Recepcjonista nie chciał wziąć bakszyszu, może córka nie potrafiła dać. Boy zaprowadził nas do pokoju to już był ostateczny upadek. Okna się słabo otwierają, fugi między kafelkami w przedpokoju jak surowa zaprawa cementowa, brudnawe i kostropate i jeszcze światło jest tylko w łazience w pokoju moim i męża. Łóżka osobne. W z balkonów widok na wąską uliczkę i okna drugiego budynku hotelowego na niemalże wyciągnięcie ręki. Siadłam w półmroku w korytarzu prawie załamana..... Drinka sobie zrobiłam. Nawet już mi się nie chciało rozbierać.
Degrengolada, depresja i w ogóle!
Najpierw ruszyło syna z pokoju obok, po 20 minutach wspólnego daremnego czekania na facia od elektryki. Poleciał labiryntem korytarzy i przejść do recepcji, pogonić. Nie ma go ponad 10 minut. Wtedy córka dostała pianki na paszczy i lekko ziejąc ogniem poleciała za nim.
Wrócili po 20 minutach – przenosimy się.
Za 20 dolców załatwili studio?, apartament?, salon po byku, 2 oddzielne sypialnie, nasza z wielkim łóżkiem i garderobą, aneks kuchenny, 2 balkony i widok na wielkie hotelowe patio z 2 okrągłymi basenami.
CUDO!
Nalaliśmy sobie radosne drinki, dzieci tez dostały, córka wyszła spod prysznica, siedzimy i gadamy, spać ze zmęczenie się już nie chce. I nagle mąż nas woła z balkonu, bo wyszedł palić.
Stoimy razem na balkonie o 5 rano i słuchamy odzywających się z kolejnych meczetów muezin. I te baseny z palmą na dole...
Cudo! Wszyscy wzruszeni czymś niezwykły, nierzeczywistym dla nas. Egzotycznym. Jeszcze nigdy nie przeżytym.

jolajola1 - 29-12-2008, 21:28

27 grudnia
Rano prawie przespaliśmy śniadanie. Mimo, iż końcówka, to znaleźliśmy każde coś dla siebie. U rezydentki zamówiliśmy wycieczkę, do Luxoru i Karnaku. Potem poszliśmy przed siebie, córka blondi, włosy długawe i wijące się, więc ją wciąż zaczepiali, od Szakiry wyzywając. Synek prawie z każdym sprzedawcą nawiązywał przyjacielskie kontakty.
Trafiliśmy na plażę współpracującą z naszym hotelem, 3 niewielkie baseniki, leżaki, parasolki, parawany. Woda w morzu lodowata, ale super przejrzysta. Ryby duże, na Mazurach pewnie by się nadawały do łowienia, brzuchy miały srebrzyste, a grzbiety w kolorze szarych przybrzeżnych kamieni. Przyleciało jakieś wielkie ptaszysko, czapla siwa jakby, tylko duuuuża. Pospaliśmy się na leżakach, w słońcu, za parawanami. Aż parasolki zaczęły na nas puszczać cień, a wtedy zrobiło się na tym wietrze mocno chłodno.
Wróciliśmy więc do hotelu, jakieś zakupy po drodze, znowu córkę zaczepiali, chyba każdy młodszy Egipcjanin, sklepowi i knajpowi naganiacze, poganiacz wielbłąda. Aż sobie w złości okręciła głowę i włosięta arafatką, bo już przejść spokojnie nie mogła. Durnowata, jak jej zostały gołe jasne nogi i oczy wściekle błękitne pod ciemną arafatką, to i tak wyglądała jak żywe kuszenie.
Potem jakieś pitne zakupy na jutrzejszą wycieczkę, jakieś małe pamiątki, duperele. Lidl przedziwny, bez cen na produktach, bez czytnika kodów paskowych, sprzedawca koszty podliczał na kalkulatorze, hłe, hłe.
Syn został, jakieś damskie towarzystwo poderwał.
A potem poszliśmy na wycieczkę.... i się zgubiliśmy. No, nie od razu. Zaczarował nas minaret, meczet na tle morza, potem białorudy kot, potem uliczka tylko z renowacją mebli
I tapicerami. Tu kupiliśmy koc, bo w nocy trochę pod jednym kocykiem zmarzliśmy. Widziałam w domu na góglach mapowych, ze w mieście są małe kamieniste wzgórza, postanowiliśmy pójść dookoła jednego... A mówiłam w Lidlu, żeby kupić plan miasta!
Zamiast jednego wzgórza, okazało się to być ciągiem wzgórz...
Początkowo było miło, fryzjer, najpierw jeden, potem następny, zapraszali mojego męża na fotel. Hihi, od wakacji sobie hoduje plerezę i wygląda, jak marzenie męskiego fryzjera. Potem był sklep zielarski, kupiliśmy zioła, suszoną cytrynę, herbatę różaną, wściekle pachnący pieprz i listki laurowe i szafran, tani jak przysłowiowy barszcz. Potem kazałam się córce targować i potem było rzucanie towarem na podłogę (to córka) i szarpanie turbanu (to zielarz) i gniew mojego męża. Koniec końców dostaliśmy jeszcze 3 paczki trociczek i wszyscy byli zadowoleni, zielarz żegnał się z nami wylewnie i uśmiechnięty . Potem była sklep z sziszami, tu córka targowała dla siebie, dwóch sprzedawców skakało wokół niej, jeden biegał do kumpla po specjalny rodzaj tytoniu. Nie szisza z taśmy, tylko każda część dobierana osobno, nie aluminium, tylko blacha napylana na srebrno. Nastąpiło szukanie uszczelek, pasujących kolorystycznie wężyków, kołpaków.... ja nie wchodziłam do sklepu, z zewnątrz miałam widok na ten cyrk. Trwało to ponad pół godziny.
Zainteresował się mną sprzedawca strojów do tańca brzucha, ze sklepu naprzeciwko, niemówiący po angielsku. (zresztą ja też nie). Najpierw namawiał, przynosił „sukienki”. Uśmiechałam się tylko, kręcąc głowa odmownie. Zrezygnował, ale po chwili przyniósł mi krzesło, abym mogła wygodnie czekać na targi nad sziszą.
Pod koniec, gdy tamci już byli prawie pewni sprzedaży, powiedziała, że ona tego nie bierze, bo w Europie, w Warszawie, może kupić takie samo za prawie tyle samo. Piorun w nich strzelił. Dołożyli jeszcze posrebrzane szczypce do węgli. I niemalże całowali ją po rękach, gdy kazała zapakować. Acha, jeszcze dostała gustowną torbę z przegródkami na to wszystko. Mężowi mojemu gratulowali „ostrej córki”, mówili, że gdyby chciała kiedyś w Europie handlować ich rzeczami....
Ale przez ten czas handlu na ulicy, uliczce zapadł zmrok. Muezin znowu wołał na modlitwę. Na ulicy coraz więcej było facetów w sukienkach, gablajach, coraz więcej kobiet na czarno, już nie tylko w chustach, ale miały takie czarczafy podpinane na środku czoła, ze im tylko oczy było widać. Ja miałam na sobie spodnie długie typu szarawary i wokół całości od karku udrapowany długi szal, zwisał mi i powiewał. No i byłam z mężem. Ale córka była w jasnych obcisłych spodniach, koszulka na ramiączkach, kusy sweterek i goła szyja i góra torsu i tylko arafatka. Dobrze, ze nie miała tych powiewających włosów.
Bo nam się nie chciał wracać po własnych śladach, poszliśmy dalej, teoretycznie dookoła wzgórza, praktycznie w głąb starej dzielnicy. Trafiliśmy na suk a potem uciekły mi z umysłu kierunki. Oni mówili, że w lewo, cały czas w lewo, mi się wydawało, że jednak w prawo, ale nie byłam pewna. Ja, która się nigdy nie gubię....
Ulice już nie miały latarń, tylko blask ze sklepików, warsztatów, męskich kawiarń. Ulice już nie miały bruku, tylko glinę z kamulcami wystającymi. Kobiety tutejsze chodziły tylko grupami, coraz więcej mężczyzn. Coraz mniej „cywilizowanych” sklepów, tylko kawiarnie, jadłodajnie, szewcy, ręczne przewijanie silników, falafele. I coraz dziwniejsze zachowanie ich w stosunku do nas. Już nie zapraszanie do zakupów. Starsze dzieciaki i podrostki, tak max 17 lat, pokazywali nam za plecami faki, dzieci podbiegały i prawie szarpały za ubranie, krzycząc, że córka źle wygląda, starsi spluwali. Mój Pan i Władca był coraz bardziej zdenerwowany, wiedziałam, że jeśli nie wrócimy do cywilizacji, to w końcu wybuchnie i będzie źle, bo „wróg był przeważający”.
Miałam dosyć. Odzyskałam kierunek, to stres mnie zmobilizował. Kazałam im się zamknąć, odeszliśmy od końcówki suku, weszliśmy w uliczki mieszkaniowe, ale już czułam, że jest lepiej. Jeszcze 15 minut, jeszcze 2 razy w prawo i pokazały się oświetlone ulice. Znowu chcieli w lewo, ale po prawej przejechała pomarańczowoczarna miejscowa taksówka. A za następnym rogiem w lewo pokazała się taksówka stojąca. Jeszcze krótkie targi, takie z trzaskaniem drzwiami i obrażaniem się i pojechaliśmy.
Najpierw w prawo, oni zaczęli coś mówić..... zaniemówiłam, ale na najbliższej nawrotce taksiarz zawrócił, pojechaliśmy w lewo. 10 minut samochodem i już wszędzie cywilizacja.
Uf. Ufffff.
Wieczorem dzieci poszły jeszcze do pubu. Myśmy się oddali „innym” zajęciom.
Dzieci wróciły po 23. Zadowolone, bo odstawili jakiś szoł. Razem z braekdancerem na scenie. Oboje są wygimnastykowaniu, córka ćwiczyła akrobatykę. Więc ona robiła gwiazdy, a oni tańczyli breakdanca w tle.

jolajola1 - 29-12-2008, 21:30

28 grudnia
Telefon budzikowy zadzwonił o 3:30, ja wstałam 5 minut wcześniej. Półprzytomne mycie, ściąganie z łóżek reszty rodziny, teraz grubsze ubrania, ale w przepastnej torbie są ciuchy na upał. Jeszcze tylko wsadzić laptop do sejfu i wziąć pudełka z suchym prowiantem. Autobus wycieczkowy spóźniony tylko 7 minut, zbierał chętnych z 5 hoteli, nasz był 2, więc mieliśmy multum miejsc do wyboru.
Zasnęliśmy wszyscy, przespaliśmy wszystkie hotelowe postoje. Obudził nas dopiero polskojęzyczny przewodnik, który wsiadł za ostatnim hotelem, na skraju pustyni. To Egipcjanin, magister polskiej archeologii. Nie od razu rozruszał towarzystwo, tylko się przywitał, przekazał plan wycieczki i kazał spać. Obudził nas znowu kilka minut przed pierwszym postojem w oazie. Ze 20 autokarów, wucety, barki. Cieplej, wyszliśmy z autokaru już bez polarków. Mnóstwo miejscowych w „ludowych” strojach, osły, wielbłądy, małe kózki, mnóstwo dzieci. I wszyscy wyciągają ręce po bakszysz, oferując możliwość zrobienia sobie zdjęć z nimi. Ja strzelałam zdjęcia ukradkiem, z biodra. A najbardziej podobały nam się psy, trochę w stylu dingo, szczupłe, na wysokich nogach, z gęstą sierścią i takimi lisimi pyskami. Taki jeden rudy pies podstawiał wciąż pysk do głaskania.
Tymi popsimi dłońmi potem jadłyśmy śniadanie z paczki. Trudno. Ale chyba „choroba faraona” nam już nie grozi, zresztą jadłyśmy już tutejsze owoce wczoraj.
Znowu spać. Za oknami pustynia kamienista, góry pustynne, kawałkami pustynia piaskowa, słońce coraz bardziej grzeje przez szybę.
Znowu nas przewodnik obudził, dojeżdżamy już do terenów zalewowych Nilu. Nareszcie drzewa i zieleń. A potem Luxor!
(Uwagi dla tych, co nie wiedzą)
W odległych czasach dzieciństwa i młodości marzyłam o studiowaniu archeologii śródziemnomorskiej, zaczytywałam się książkami Kosidowskiego, mity - sumeryjskie, egipskie, greckie, etruskie... - pochłaniałam wielokrotnie. Rzeczywistość zniweczyła te plany, ale miłość do starożytności pozostała
W mniej odległych czasach pokochałam Tomb Raidera. To taka gra z Larą Croft, i nieważne, że bohaterką jest archeolog w spódnicy. Ważne było od pierwszej gry, że znaczna część akcji rozgrywała się w moich wyśnionych miejscach. Do dziś znam na pamięć pierwsze egipskie lokacje.
Zresztą zauroczenie tą grą pozostało mi na lata. Było... jest na tyle wielkie, że ... prowadziłam jakiś czas polską oficjalną stronę internetową, poświęconą tej grze, a nawet przez prawie rok była tej strony rednaczem.
I nagle znalazłam się wewnątrz bajki.
Byłam w Karnak!!!!
Byłam w miejscach, które wielokrotnie przebiegałam, penetrowałam Larą. To znam i to przejście też, tu w tym pomieszczeniu zwaliłam kiedyś lawinkę piasku, a tu mnie goniły czarne skorpiony..... wrażenie niesamowite. A w tym znanym Tajemnym Jeziorze ścigałam się z krokodylami, nawet schody nabrzeża są dokładnie takie same....
Strażnik, bileter... a może to była jakaś inna istota?... obok mnie stała moja blondwłosa córka, a strażnik, który przedarł mój bilet, powiedział do mnie: Witaj w domu, księżniczko i zapraszam. To nie jak deja vu, tylko jakby mnie sama ziemia tutaj powitała z powrotem.
Wiem, ze to wszystko mętne i niemożliwe, ale się zdarzyło, córka patrzyła na mnie z wielkim pomieszaniem.
Karnak to świątynia boga Amun-Ra, tu sobie mieszkał przez większą część roku, tylko na jeden miesiąc drogą lwów był przenoszony do Luxoru, do boskiej małżonki Mut i do syna Khonsu. A potem wracał do Karnaku Nilem. Boska Żona nigdy do niego do domu nie przyjeżdżała. Naiwna kretynka....
Z lewej strony za aleją lwów jest trójwejściowy budynek, taki sam jak w pierwszej Karnakowej lokacji, wchodziłam tam przecież wielokrotnie... a teraz byłam naprawdę, też trzy wejścia, odruchowo wzrok poszukiwał ukrytego przejścia do przeczołgania się, tak jak kiedyś w grze... to świątynia Setiego, nie znałam wcześniej nazwy, ale budyneczek znałam. Cały pobyt w Karnaku był taki, ledwo słyszałam, co mówi przewodnik, mi w uszach grała muzyka z pierwszego Tomb Raidera, pomieszanie rzeczywistości i marzeń i fikcji. Kolory fresków i ornamentów też takie, jak w grze, ciemnoseledynowe, kremowe, czerwone, niebieskie, znajome kształty kolumn, ja się przecież Larą po nich wspinałam.
No, skorpionów nie było. Chyba uciekły z tego miejsca. Albo wyginęły. Albo ten wycieczkowy tłum je zadeptał.
Przewodnik powiedział jedną rzecz, której o hieroglifach nie wiedziałam. Jeżeli na górze jest sowa, ptak i ma łepek odwrócony w którąś stronę, to od tej strony się czyta pismo. A jeśli ptaszysko patrzy na wprost, to wtedy to nie jest pismo, tylko ornament, ozdoba albo historyjka obrazkowa, starożytny komiks.
Po „programie obowiązkowym” dostaliśmy czas wolny. Syn wlazł na jakiś kamień i zaczął szkicować, rysować, ołówek mu furczał tylko. Resztę rodziny przegoniłam aż do końca dostępnego dla publiczności Karnaku, aż za wał z cegieł mułowych, suszonych w słońcu. Daliśmy bakszysz żołnierzom, wpuścili nas na ten mur, wał, czymkolwiek to kiedyś było. Panorama całego Karnaku oszałamiająca. Zdjęcia robiliśmy, aż się żołnierze zbuntowali i zaczęli syczeć, żebyśmy zeszli, zanim nas ktoś zauważy.
Powrót szybkim krokiem. Z córka odbiłyśmy do sklepików, koniecznie chciałam kupić przewodnik po tutaj. Opadli nas sprzedawcy, jak muchy. Córka się targowała, zmuszała takiego jednego do włażenia na drabinę w poszukiwaniu polskiej wersji.
A potem bieg, kłus, galop do autokaru. Nagle dżinsy okazują się zbyt obfitym ubraniem, sweterek cienki lepi się do spoconej szyi. Spóźniłyśmy się, całe 7 minut. Przewodnik mruczał. Ale że to młody człowiek, to przestał mruczeć, gdy i ja i córka go pogłaskałyśmy po ramieniu, przechodząc... hihihi
Przebieramy się, szorty i koszulki ramiączkowe, syna i męża też namówiłam. Coraz większy upał, wiatru prawie w ogóle nie ma.
Krótka jazda, na lunch, obiad. Znowu zrobiłam kłopot przewodnikowi, pytając o bankomat. Wołał jednego Selima, potem Alego. Nie wiedzieli, gdzie bankomat. W końcu dzieciak, chłopaczek może trzynastoletni został moim przewodnikiem. Opiekunem. Przy przejściu przez ruchliwą ulicę niemalże trzymali mnie za rękę. Jeden bankomat nieczynny, żołnierz stoi z kałachem przy wejściu, barierka. Pogadali ze sobą i okazało się, że musimy zejść z deptaku nadnilowego, wejść w uliczki. A tam już nieturystyczna atmosfera. Po kilku gwizdach i złych spojrzeniach poczułam nieodpartą potrzebę zakrycia czegokolwiek, gołych nóg, ramion, włosów. Okręciłam się jednym z moich ukochanych powłóczystych, zawsze-pod-ręką szali. Trochę pomogło. MUSIAŁAM znaleźć bankomat, przez brak własnej kasy w Karnak nie kupiłam sobie granitowego skarabeusza, a taki był śliczny.
W końcu w Savoyu, doszliśmy do niego od tyłu, dziwnie, był czynny bankomat, też strzeżony przez żołnierza (!?). Potem powrót do knajpy naNilowej, obiadek na szybko, zimne normalne piwo. I już przewodnik zgania wycieczkę do łódek.
Tym razem ostatni, prawie spóźniony, był mój synek. Pokłócił się z córką, jak po obiedzie poszli sikać i ona go zostawiła w wucecie niezapłaconego, za karę chyba.
Oj, ma z nami kłopociki przewodnik, hłe, hłe. Zapamięta nas. Na pewno!
Przepłynęliśmy łódkami-chybotkami przez Nil. Krótko. Łódki miały silniki dwusuwowe, dym był jak ze starych syrenek.
Obecności krokodyli nie zauważono. A szkoda, nasypałabym takiemu soli na ogon. Dla satysfakcji.
Krótka droga autokarem do Kolosów Memnona, zrobiłam córce śmieszne zdjęcie. Opiera się plecami o kolana jednego z nich, głowę opierając o kolana. Przewodnik powiedział, że teraz tylko jeden z Kolosów śpiewa nocami, ten nieodbudowany. Przy rekonstrukcji drugiego nie zostawiono odpowiednich szczelin dla wiatru.
Potem zawieziono nas do fabryki alabastrów, pokazywano różnice między robotą maszynową a ręczną, między gipsowymi podróbkami, a granitem. Dobrze, że wczoraj przy sziszy nie kupiłam jajka alabastrowego, ono było za ciężkie, maszynowe....
Potem pojechaliśmy do świątyni Hatszepsut, to ogromna budowla w zboczu góry. Ileż lat to budowano?... Zwiedzanie samodzielne, przewodnik powiedział do grupy, co wiedział i został z kumplami na stacji wagoników. Wnętrza tej świątyni też znam (z ukochanej gry), te hieroglify, pomieszczenia, podwórzec, te dekoracje, przedstawiające Hatszepsut jako córkę bogini miłości i boga... zapomniałam.
Tym razem nikt z nas się nie spóźnił na zbiórkę. Aż dziw.
Pojechaliśmy do Doliny Królów. Przez kretyńską scysję z synem nie kupiliśmy dodatkowego biletu do grobowca Tutenkhamona. (Niby dorosły, a czasem zachowuje się jak sześciolatek, wrrrrr.) Więc byliśmy tylko u Ramzesów, szóstego, czwartego i dziewiątego. Dotknęłam ręką płaskorzeźbionych hieroglifów na sarkofagu Ramzesa czwartego i natychmiast derwiszopodobny strażnik powiedział „dont tacz”. Cholerka, a cóż to zabytki, których nie można pomacać? Zupełnie, jak 3 lata temu na Akropolu, tam też wciąż było słychać „dont tacz marbl”.
I te oszałamiająco żywe kolory po tylu tysiącach lat. I osmalenia od pochodni, z czasów gdy grobowce odkrywano. I sowy na szczycie rządków hieroglifów. I WSZYSTKO!!! Znowu czułam się jak w bajce, grze, nierzeczywistości, która na mnie od lat czekała.
Acha, w grobowcach jest zakaz robienia zdjęć. I co? Polak niepokorny? Młode małżeństwo uparło się i zrobili zdjęcie. Potem awantura, karą jest kilkaset dolarów. Znaczy facet zrobił, a awantura objęła oboje. Stała, słuchała i widać było, że jest jej kosmicznie głupio.
Heh, a mnie też kusiło.
No, oni wykpili się w końcu bakszyszem, znacznie niższym niż kara, ale nie było miło.
Wróciliśmy do Luxoru, do muzeum papirusu. Robione na stare wisiały i takie, jak najbardziej współczesne. Wszystkie piękne. Dotykałam prasy papirusowej, prymitywna, jak pierwsze drukarskie. Córce spodobał się najpierw kot bogini Basket, mi mały niebieski skarabeusz, ale chciałam bez złotej ramki. Zajęłyśmy trzech sprzedawców, szukali i przynosili wciąż nowe. Trwało to tak długo, ze prawie cała wycieczka wyszła i już w niektórych miejscach wystawy gaszono światła. Przyszedł nasz przewodnik, zobaczyć, czy wszyscy wyszli. A my właśnie kończyłyśmy wybierać (szary Anubis dla niej i kakaowy skarabek dla mnie) i córka się targowała, żeby oprócz upustu 20% „dla wycieczki” opuścili coś więcej. Przewodnik rwał niemalże włosy z głowy i stukał pięściami w bezsilności w ladę. Ja też stukałam w ladę i tupałam nogami, z gniewem, żeby szybciej ona zakończyła targi i z napięciem, że MUSZĘ mieć ten papirus i że bez niego się nie ruszę.
No tak, ten młody Egipcjanin na pewno nas zapamięta, tyle miał z nami dzisiaj „kłopotów”.
We trójkę biegliśmy do autokaru.
Droga powrotna długo wiodła po terenach rolniczych, mijaliśmy osiołki, chude krowy, coraz więcej kobiet na „ulicach”. Taki jeden fellach, z fantazją, miał do swojej minifurki zaprzężone 2 osiołki i ogniście powoził.
Przy wielu skrzyżowaniach stały patrole wojskowe, część nowa, ale część „osiadła”, z zabudowaniami, wieżyczkami dla strzelców. Kontrole drogowe, stoi szykana i wojacy przepuszczają tylko po kilka pojazdów na raz z każdego kierunku. I nikt nie protestuje, nie ma awantur w mini korkach, jakie się od razu robią, nie ma pomstowania na zawalidrogi. Dziwne.
A potem zmrok, sen do oazy. Z biodra robiłam zdjęcia dzieciom z osiołkiem, pokazałam malej dziewczynce, jak ona wygląda. Ale zdybał mnie 10 latek, po tym, jak go sfotografowałam tańczącego. Przybiegł i szarpał za rękaw, bakszysz wołał. Sięgnęłam do kieszeni z drobnymi, miałam 1 funta tutejszego i centy eurowe, dałam mu garścią wszystko. Wydłubał ze stosiku funta, a miedziaki ze wzgardą i obrzydzeniem zwrócił. Chichotałam, wchodząc do autokaru.
Już całkiem ciemno, coraz większy wiatr w miarę, jak droga wiedzie ku morzu. Już żadnych widoków za oknem, więc w sen zapadłam.
W hotelu czekała na nas kolacja, najedzeni, zmęczeni poszliśmy do pokoju. Mam skurcze łydek.
Kilka drinków i wszyscy półśpiący. Córka poszła pod prysznic i siedziała długo, mąż przysypiał przed telewizorem, syn przeglądał dzisiejsze zdjęcia
Szłam o naszego pokoju i się okropnie poślizgnęłam. Okazało się, że córka zalała całą łazienkę i korytarz i ich pokój. Źle działał odpływ w brodziku, a awaryjny odpływ w podłodze nie zadziałał, po podłoga jest źle wyprofilowana, wszystko wypłynęło na korytarz i do pokoju dzieci. Więc jeszcze wspólna gimnastyka przy sprzątaniu powodzi.
Spać. Spać. Spać......

jolajola1 - 29-12-2008, 21:31

29 grudnia
Dzień leniwy. Po śniadaniu dzieci poszły na plażę, wzięły sprzęt do snurkowania. Wieje, zrobiło się trochę chłodniej.
My dobiliśmy do nich z półtorej godziny później. Hihi, miałam rację, nie pływali, bo za zimno, tylko się wygrzewali w zasłoniętym od wiatru miejscu. Na cypelkach pomiędzy plażami różnohotelowymi fale się rozbryzgują, trochę. Śmieszne drinki, z niewidzianej nigdy Finlandii. Ma granatową nalepkę i napis, że jest Finlandią robioną dla Egiptu.
Słońce się przechyla s zaczęło się robić zimno, ubraliśmy się. Dzieci też się zdecydowały wracać. Zanim się wybiorą... Poszliśmy sprawdzić, jak się rozpryskują fale na cypelku. Nic wielkiego, pył wodny a krople co najwyżej na kolana. I nagle przyszła FALA. Rozbryzgnęła się, ale to jak?!?!! Zalało nas CAŁYCH.
Uciekaliśmy z cypelka chichocząc histerycznie, zataczając się od tego śmiechu, ociekając zimna wodą i chlapiąc na jeszcze się opalających ludzi. Mąż wylewał wodę z kieszenie i sprawdzał wykąpane telefony, ja miałam nagle gęsią skórkę WSZĘDZIE.
W hotelu woda pod prysznicem była tylko ciepława. Więc po kąpieli wlazłam pod kołderkę i próbowałam się ogrzać, mąż przyniósł mi drinka na rozgrzewkę. Dzieci wyszły na dach hotelu robić zdjęcie. Te to zawsze znajdą zakazane miejsca.
Zaczął śpiewać muezin.
Ze śmiechem bąbelkującym w umysłach robiliśmy w tym czasie same zakazane rzeczy, popojaliśmy alkohol i oddawaliśmy się .... no, czynnościom nie-do-końca-prokreacyjnym. Z perwersyjnym poczuciem nieprzyzwoitości, niewłaściwości.

ja-marta - 30-12-2008, 19:11

No proszę, 3 dni w Egipcie, a przygód wiele. Pozazdrościć. Uruchomiłaś mi chrapkę na wyjazd w środku zimy! I to Egipt jeszcze. Tomb Raiderem pachnie, do Karnaku chcę!!
Twoje opisy są naprawdę świetne, szybko się czyta. Opis właśnie Karnaku najlepszy ;) Heh, nie ma to jak 3 kamienie z farbami, dużo piasku, kilku arabisków i wrażenia niezapomniane.

jolajola1 - 31-12-2008, 11:13

29 grudnia cd
Dzieci wieczorem znowu gdzieś poszły, znaczy nie gdzieś, tylko na nocne klubowanie do nowej Hurgady. Z tymi dwoma dziewczynami z Poznania, co je Marcin poznał (nomen-omen) wczoraj na naszej hotelowej plaży. My, uzbrojeni w plan miasta poszliśmy na spacer poszukiwawczy, szukamy @cafe. Poszliśmy w zupełnie innym kierunku, niż chadzaliśmy dotychczas. I co się okazało? Otóż egipskie plany miast mają się tak do rzeczywistości, jak nasze polskie plany z lat 50 czy 60. Ogólnie odwzorowują rzeczywistość, ale już szczegóły pozostawiają wiele do życzenia. Położenie urzędu miejskiego różni się o dwie przecznice, proste i równoległe do siebie ulice na mapie wcale w rzeczywistości nie są takie, zakręty i skrzyżowania nie pasują do siebie, części planu miasta są po prostu białą plamą, hotele wcale nie znajdują się w czerwonych punktach podpisanych ich nazwami... okropieństwo. Na tyle to było deprymujące, że po godzinie zaczęliśmy wracać po własnych śladach. W lepsiejszym przy-morskim hotelu znaleźliśmy kawiarenkę netową, drogą jak jasna cholera, czyli jak u nas. Naprawdę wielka szkoda, że wifi w naszym hotelu jest nieczynne!
Potem wróciliśmy w okolice naszego hotelu i poszliśmy znaną trasą, znowu nas opadli sprzedawcy ze sklepów okołohotelowych. Któremuś na odczepnego powiedzieliśmy, że nie chcemy nic kupić, tylko że szukamy @cafe. Jakby koń wyścigowy ostrogą dostał. Zaoferował się doprowadzić. I rzeczywiście, w bocznej uliczce niedaleko od Lidla jest miejscowa netownia, 6 razy tańsza od tamtej hotelowej, tylko że śmierdzi w niej okrutnie zastarzałymi petami i jest PEŁNA. Szkoda. Poszliśmy dalej. Ten sam chłopak stał koło jakiegoś sklepu, zapytał, czemu tam nie zostaliśmy. Jakoś tak od słowa do słowa.... znaleźliśmy się w sklepie jego kumpla, koszulkowo-ręcznikowo-perfumeryjnym. Sprzedawca mówi nieźle po polsku, spędził 2 razy wakacje w Polsce i wciąż ma kontakt z polskimi turystami z naszego Empire. Każe się nazywać Maćkiem. Spędziliśmy bardzo mile półtorej godziny prawie i umówiliśmy się u niego na jutrzejsze zakupy, bo mi brakuje koszulek, wzięłam sobie za bardzo letnie ubrania.
Dzieci wróciły koło 5 chyba, robiąc pod drzwiami głośne KRAAAAktor, czyli kracząc i pyrkając jak traktory. Szybko poszły spać, padły... jak młode koty. Córka cały czas chichotała jak oszalała hiena.

jolajola1 - 31-12-2008, 11:16

30 grudnia
Znowu leniwy dzień. Synek przespał śniadanie, odmówił nawet otworzenia oczu. Kacyk? W hotelowej restauracji podeszła do nas mama jednej z Poznanianek, dziękując, że może z naszymi dziećmi wypuszczać na nocne eskapady swoje dziewczyny. Heh, czy one też chichotały przed zaśnięciem jak hieny?....
Oj, mam kłopot z brzuszkiem, przespałam godzinę po śniadaniu, zwinięta w bolesny kłębek.
Spacer do Maćka do sklepu, siedzieliśmy godzinę, wybierając puchate ręczniki, zamawiając koszulki dla mnie i dla synka. Potem do netowni. Cholerne googlemaps ma ograniczenia w zapisywaniu jako pliki *.mht i w drukowaniu otwartych lokacji. Wrrrrr.... A ja tak bardzo potrzebuję jakiegoś rzeczywistego planu Hurgady! W końcu wpadłam na pomysł. Powiększyłam maxymalnie widok miasta w googlachmaps i potem .... sfotografowałam 8 ekranów w największej rozdzielczości. Ponieważ zawsze tu noszę ze sobą aparat, to wystarczy odpowiednio powiększyć zapisane zdjęcia i już wreszcie wiem, jak przebiegają ulice i gdzie jestem. A że nie ma nazw ulic, to nic, i tak się przecież nie wyznaję na ichnich robalkach.
Potem ten wczorajszy sprzedawca, Achmed, ten co nas do @cafe zaprowadził zaoferował się nas zaprowadzić także do sklepu, gdzie będziemy mogli kupić alkohol. Liczę, że się da kupić tę egipską finlandię. Oczywiście najpierw poszliśmy do jego sklepu, to duża perfumeria. Dostaliśmy przepyszną, super pachnącą herbatę. Nic nie mieliśmy kupować, przynajmniej tak myśleliśmy. Ale wystarczyło wspomnieć, że kiedyś w Seforze dostałam przy zakupach reklamówkę Amor Amor i że mi się podoba. Przyniósł esencję. Sama esencja zapachy, bez olejków i bez alkoholu. Jesuuuu, jak to zapachniało.... Mój mąż był bez szans. Kiedyś wieczorem użyłam tego zapachu i teraz jak go poczuł, to zadziałało jak feromony. W oczach mu błyszczały wspomnienia związane z tym zapachem. Dostałam buteleczkę esencji, niedużą, ale staczy mi na długo. i dmuchany błękitny flakonik. Ja też ma swoje wspomnienia z obecnym tym zapachem. I plany na następne wykorzystanie. Mniam, mniam.
Potem Achmed zaprowadził nas do sklepu, gdzie spod lady był alkohol. Finlandii nie było, ale nabyliśmy inną ichnią wódeczkę, Volgę. Niby rosyjska, ale słabsza niż napisane 40%. I pszeniczna, nie żytnia, łagodniejsza. Trudno.
Acha, córka znowu zalała cały apartament. ale wezwali sprzątacza i hydraulika.
Po obiadokolacji wpadliśmy z dziećmi do netowni, oczywiście grono, gg.... Potem wróciliśmy do Maćka, odebraliśmy textylne zakupy i dzieci zaczęły się z nim targować o cenę safari po Sylwestrze. Hihihi, przy naszych, w końcu dużych zakupach Maciek dostał prawie (!) to, co chciał, trochę go tylko cenowo pomęczyliśmy. Ale nasze dzieci, oboje, no, synek tym razem bardziej, wykazały nerw handlowy. Stargowały 1/4 ceny, a i tak nie kupiliśmy jeszcze. Bo one powiedziały, że jeszcze sprawdzą oferty u innych swoich znajomych, ale że pewnie wrócą na dalsze negocjacje. Maciek był pod koniec zdenerwowany. bo rodzice byli łagodnie, a dzieci doprowadziły go do ... no nie, na pewno nie straci, ale będzie miał znacznie mniejszy zarobek.
Fajnie mieć takie dzieci. I fajnie, że czasem doprowadzają do białej gorączki innych a nie swoich rodziców.
Wieczorem one znowu z Poznaniankami udały się na szukanie Sylwestrowej imprezy, bo ta organizowana przez nasze biuro to jest bardzo taka sobie. Znalazły, wróciły zapytać o akceptację, poszły z mężem do bankomatu, pojechały kupić bilety i wróciły z (jeszcze! znowu!) zaoszczędzonymi funtami.

larcia - 31-12-2008, 13:08

Świetnie się to czyta :D Widzę emocje były niezłe :P P Też kiedyś chciałam w pamiętniku opisywać sobie każdy dzień z wakacji,ale cóż... :P Nie za bardzo umiem się za to wziąść.

Nie wiedziałam,że podczas zimy jest w Egipcie 19 stopni,spodziewałam się conajmniej 20 paru :)

:pozdro:

jolajola1 - 01-01-2009, 18:28

31 grudnia
Dzień ... zakupowy?, turystyczny?...
Synek wstał o 7, wszystko szybko, szybko. Jedzie na nurkowanie, my nie, bo mąż i córka mają pozostałości kataru, a dla mnie to jednak za zimno.
My po śniadaniu poszliśmy w miasto. Najpierw do @ cafe, znowu robiłam zdjęcia stronom googlemaps, dokładne. Już czuję to miasto, nareszcie. Poszliśmy w stronę suku „dla turystów”, znaleźliśmy po niewielkich poszukiwaniach. Szał ciał i uprzęży, tu jest WSZYSTKO. No, arabskie wszystko. Zioła, ubrania, lampy, ozdóbki, owoce, pamiątki, górki śmieci w zaułkach, piekarnie z rozpustnymi bułeczkami, kawiarenki, wielbłąd w stroju rytualnym, sklepiki spożywcze, apteko-drogerie, czyścibut, szisze, dywany. Kupiliśmy kolczyki zielone, zwiśliwe, dla mojej chrześnicy. Razem zachwycałyśmy się żółwiami, ona, za pozwoleniem, wzięła jednego do ręki i piszczała z zachwytu, a ja go drapałam pod pachą. Potem targowała się o chustę, szal, ze 130 zeszła na 40 funtów. Bardzo prosto, gdy on nic nie chciał opuścić ceny, powiedziała, że jej kumpel ze sklepu koło hotelu ma takie same ze 35, hehe. Sprzedawca był tak zadowolony, że za taką samą cenę chciał też mi sprzedać szal. A na koniec poprosił o zrobienie zdjęcia z taką wspaniałą klientką. Kupiłyśmy sobie rozpustną słodką bułę z czekoladą i miodem w środku.
Okazało się, ze ten turystyczny suk przylega od tyłu do tego suku miejscowego, gdzie się kilka dni temu zgubiliśmy. Doszliśmy do miejsca zakupu sziszy, sprzedawca z daleka pokrzykiwał i kiwał na nas, uśmiechnięty od ucha do ucha. Weszliśmy, chciałam dla siebie kupić jabłkową sziszę, a gdy się okazało, ż one tu kosztują 1 funta, 20 razy taniej niż w Warszawie, to kupiliśmy kilkanaście paczuszek, różnosmakowych. Po mango to on biegał do drugiego sklepu sziszowego. A potem targowałam się o kamiennego skarabeusza, sprawdziwszy najpierw, czy to nie gips malowany. Poczułam smak targów, gdy mi się udało zniżyć cenę ze 120 na 100, więcej nie chciał. Ale za to opuścił cenę tytoniu z funta na 75 pilastrów i dorzucił jeszcze jedna paczuszkę. A potem poczęstował nas kawą, ale jaką!! Malutkie szklaneczki pełne gęstego, czarnego, słodkiego naparu. Pyszne. Dosiadł się Egipcjanin w średnim wieku, elegancki, dużo lepiej ubrany, w okularach w złotych oprawkach. On od kilku tu sprzedawców brał za przy każdej większej transakcji pieniądze. Od tego sziszowego, od tego ze strojami do tańców brzucha, od sprzedawcy lamp, od zielarza, od złotnika. Mafia? Zbieracz haraczu? Nie, okazał się być faktycznym właścicielem wszystkich sklepów. Długo rozmawialiśmy, córka służyła jako tłumacz wszystkim. Zaprosił nas na jutro na „oryginalny” taniec brzucha. Jeszcze ten od sziszy wskoczył na rower, swojego mercedesa, jak powiedział i pojechał dokądś po czarną koszulę dla mojego męża, bo potrzebna na Sylwestrowe black and white.
Doszliśmy do tego krańca miejscowego suku, gdzie urywał się asfalt i zaczynało udeptaństwo z wystającymi kamieniami. Ale dalej już nie, bo w pamięci pozostała tamta ciut niebezpieczna przygoda...
Bardzo sympatycznie spędzony czas. W powrotnej drodze do hotelu nabyliśmy jeszcze owoce, malutkie limonki i wielkie granaty, wybrzydzała przy nich okropnie. A im dłużej, tym straganiarz był bardziej uśmiechnięty. Córka została w jakimś sklepiku, bo młody sprzedawca wyglądał inaczej nić wszyscy. Miał pomalowane na jasno końce włosów i inaczej się odnosił do klientów. Okazał się być synem egipsko-włoskiej pary, wychowanym na styku kultur. Siedzieli, słuchali razem polskiego hiphopu i gadali, gadali, gadali. Acha, na szybie w @ cafe zobaczyłam nalepkę z Ikoną i napisem Gadu-gadu, wzruszające.
Popołudniem późnym syn wrócił z nurkowania. Akurat wszyscy przed-odsypialiśmy noc Sylwestrową. Uszczęśliwiony, bredził coś o kolorowych rybkach, błękitnej i ciepłej (!?) wodzie, przygodzie i niesamowitości. Radosny, jak dawno nie.
Kolacja Sylwestrowa w gigantycznym namiocie na plaży, dywany na piasku, arabskie wzory na suficie, zupełnie jak Sobieski pod Wiedniem. Po drodze na plażę są trzy przejścia przez jezdnię, z tego jedno na zakręcie, drugie na dwupasmówce, trzecie spokojniejsze. Przy każdym stała ekipa hotelowa, mieli świecące pałki i zatrzymywali pędzące samochody. Dbają o gości, poczułam się wreszcie dopieszczona. Hihi, pewnie się obawiano, że naprani sylwestrowo biali ludzi będą im masowo wpadali dzisiaj pod samochody. Żarcia po uszy, to samo, co normalnie w restauracji hotelowej, ale wszystko na raz i pięknie podane. A na estradzie występy. Na „Tańczących derwiszów” patrzyłam z opadniętą szczęką. Przez prawie 15 minut dwójka ludzi kręciła się w kółko, bez żadnego zachwiania, zakręcenia w głowie, robiąc przy tym przeróżne sztuki z wirującymi spódnicami, chustami, czymś w rodzaju poncha. Bajka. A potem jeden z tancerzy chodził między stołami i swobodnie kręcił zdjętą z siebie płachtą, jakby był kelnerem i wirował talerzem. Rewelacja!
Zerwaliśmy się koło 22, najpierw przebrać się na black and white, wziąć szampana. Mama znajomych dziewczyn zostaje, nie jedzie z nami. Powiedziała, że chce przejść odnowę psychiczną i że północ spędzi mocząc nogi w morzu. Jeszcze po drodze nasze dzieci i Poznanianki zaciągnęły nas do spokojnego baru dla młodych, skąd, jak się okazało, zawsze zaczynali nocne eskapady, mają tu kumpla imieniem Sam. Robili noworoczne miśki z całą obsługą baru i śpiewali chórkiem piosenkę Sinclara o słońcu, niebu i tęczy, prawie balecik odstawili. Potem dwoma taksówkami na imprezę, długa droga, bo to w Nowej Hurgadzie, w Sakkali (a my mieszkamy w starej, w El Dahar. Nasz taksówkarz się ... zgubił i zapytawszy o drogę zawracał na wąskiej, ruchliwej i (!)jednokierunkowej ulicy. Oni są nienormalni, ci taksówkarze, potrafią jechać 200 metrów tyłem na dwópasmówce, bo tak jest na przykład bliżej do nawrotki.... Nienormalni.
Potem był ciąg nieprzyjemności. Taksiarz oszukał córkę, wydał jej 25 pilastrów zamiast 20 funtów, a ona, gapa, się nie zorientowała. Potem zarekwirowali nam przy wejściu nasze 2 szampany, potem muzyka w Tapas była nie taka, łomotliwa i za głośna, a potem mąż się starł z barmanem. I jeszcze odliczanie przednoworoczne była za krótkie i jakieś takie ... nieuroczyste. Zabrakło mi telewizyjnego Final Cuondtown i wspólnego, tłumnego wpatrywania się w ekran, liczenia sekund, burzy prywatnych fajerwerków. Za to życzenia noworoczne składaliśmy sobie pod palmą, na plaży. Ten Bar Tapas jest częściowo pod namiotem, częściowo na plaży, tańczyłam na piasku.
Szybko się zerwaliśmy, poszliśmy z odebranym szampanem na spacer. Widzieliśmy zamykane i sprzątane męskie kawiarnie, zmywane kafelki przed wejściami do sklepów. Taksówką do hotelu.
Otworzyliśmy najpierw jednego szampana, potem drugiego, ten drugi był przeraźliwie wytrawny. Piłam szampana, zagryzając truskawkami i ziarnami granatu. Puściliśmy sobie dosyć głośno muzykę z laptopa i zrobiliśmy sobie naszą własna imprezę.
A spać poszliśmy koło5, przez nadchodzący sen słyszałam muezina, bajka!

jolajola1 - 01-01-2009, 18:29

1 stycznia
Obudziły mnie dzieci, kracząc pod drzwiami. (jak to dobrze, że na naszym korytarzu nie ma innych gości...) Widziałam, że już jest jasno, ale nie wiedziałam, która to. Nieprzytomna z lekka i z zapuchniętymi oczami zapytałam, czy idą spać i czy potem wstają na śniadanie. Radosne jak skowronki, śmiejąc się odpowiedziały, że właśnie skończyli jeść i idą na plażę i że biorą sprzęt do pływania. Pokręcili się i poszli. Śpiwór też wzięli.
Oj, boli mnie głowa i po raz pierwszy tutaj mam kaca, no, kacyka. Blask słoneczny obraża moje oczy. Spać.
Po śniadaniu wracamy do pokoju, ale w drzwiach wózek sprzątaczy. Wróciliśmy na dół, walnęliśmy się na leżaki przy basenie i w słońcu, osłonięci od wiatru, najedzeni, przespaliśmy z pół godziny. Wreszcie wygrzałam stare kości pod afrykańskim słońcem.
Wracamy do pokoju, sprzątacze wychodzili właśnie z korytarza. A w pokoju na naszym łóżku zrobiona odlotowa rzeźba z ręczników. Są fale, na falach stoi brzuchaty statek, wszystko białe. A do statku zbliża się wielki i groźny morski potwór, zrobiony z mojego własnego kolorowego ręcznika. CUDO!
Poszliśmy na plażę. Starsze dziecko śpi, a młodsze pogrążone jest w gorącej dyskusji z siwołysawym facetem. Przywitał się. Okazało się, że to Polak ze Szwecji, rano na plaży wypił z naszymi dziećmi szampana, co mu się został z nocy i przegadali kilka godzin. Usłyszeliśmy na ich temat mnóstwo komplementów. Jakiś czas później przyszła „poznańska mama”, ona wczoraj bliżej poznała się z tym facetem i razem tańczyli po północy. Miło gadaliśmy, długo. Dostała klina na mojego kacyka, tę egipską Finlandię, mniam. Przysypiałam na słoneczku, ciepło, wiatr się trochę zmienił i parawan działał, jak trzeba. Doooobrze...

jolajola1 - 03-01-2009, 18:10

1 stycznia cd
Mankamentem naszego pobytu tutaj są ciągłe braki ciepłej wody. Nie, inaczej, tylko czasem leci woda więcej niż ciepława, gorąco była raz. Jak się kąpałam przed Sylwestrem, to pod prysznicem aż płakałam z zimna. I nie pomagają interwencje w recepcji, bo po czymś takim ciepła woda jest tylko przez pół dnia i znowu tylko rześka. Poganiałam moją rodzinę, żeby zrobili dosadniejszą awanturę, ale mówili, ze przesadzam i tylko uprzejmie prosili. Kretyni... nic innego. A ja nie poproszę, bo się nie dogadam absolutnie po angielsku.
Po powrocie córka chciała się wykąpać, weszła pod prysznic i po minucie ciepła woda przestała być ciepła. Warczała i czekała, aż zimna zleci. Czekała. Czekała. Coraz więcej gniewnego mamrotania i niecenzuralnych wyrazów dolatywało z łazienki. Nagle przebiegła koło mnie, półgoła, zawinięta jednym ręcznikiem dookoła biustu, z kapiącymi włosami przykrytymi ręcznikiem. Piszczała, że biegnie do recepcji, nie zdążyłam zatrzymać. Windą 4 piętra w dół. Mąż z balkonu widział, jak przebiega koło basenów hotelowych. Syn był akurat we foyer i wszystko widział. Wyglądał to tak. Do głównego holu hotelu wbiega półnaga biała kobieta i krzyczy. Obsługa, boye, recepcjoniści, kelnerzy z baru, goście... wszyscy milkną. A ona krzyczy, używając po angielsku niecenzuralnych słów i odmawiając hotelowi klasy, profesjonalizmu i w ogóle prawa istnienia. W ogromnym pomieszczeniu słuchać tylko mamroczące telewizory z reklamami wycieczek i jej głos. W ferworze ręcznik jej się rozplątuje, jeszcze bardziej wściekła trzyma go i jak nakręcona nie przestaje nadawać.
Wróciła. Gorąca woda pojawiła się po 10 minutach, może ciut więcej. I cały czas jest gorąca....
Nie ma to jak dobra awantura.
Poszliśmy z synem na suku, ona nie chciała. Chyba ją awantura wyczerpała, głównie psychicznie. Marcin przez cały dotychczasowy czas pobytu jeszcze nie był w starej Hurgadzie, wciąż tylko bary, kluby i wypady do Sakkali. Więc teraz się wszystkiemu przypatrywał z szeroko otwartymi oczami. Tylko, niemądry, wciąż się wdawał w rozmowy ze sprzedawcami. Fotografował „architekturę” jak oszalały, tylko migawka trzaskała. Wdał się nawet w rozmowę z budowlańcami i nadzorcą na budowie lokalu sklepowego; gdy powiedział, że jest architektem, to mu plany budynku przynieśli i o coś tam prosili. A my z mężem cierpliwie czekaliśmy, rozmawiając z okolicznymi sprzedawcami. I wcale nas teraz nie namawiali na kupno, po prostu takie niezobowiązujące rozmowy. Doszliśmy też oczywiście do znajomego sklepu z sziszami, a sprzedawca strojów do tańca brzucha to już z daleka nas wypatrzył. Nawet „mafiozo” przyszedł z któregoś swojego sklepu przywitać się.
W drodze powrotnej zatrzymał nas ten młody egipski Włoch z pomalowanymi włosami, dopytując się, gdzie nasza córka, bo na nią u niego czeka papirus z wypisanym jej imieniem egipskimi robalami i w kartuszu. Podobno się z nią umówił i podobno to jest.... UWAGA... za darmo!
Ona nie zeszła na kolację. Spała tak mocno, że nie mogliśmy jej dobudzić ani stukaniem w drzwi, ani w okienka w łazience i naszej garderobie ani dzwoniąc i esemesując. Oj, mocno ją wyczerpała ta awanturka.
Pakuję się. Trochę szkoda, że już. Smutno się mi zrobiło. Mąż gdzieś wyszedł, córka śpi, synek pobiegł do Poznanianek, bo one dzisiaj nocą wyjeżdżają. Mąż szybko wrócił, okazało się, że poszedł na poszukiwanie egipskiej Finlandii. Znalazł, kupił, przyniósł. Oczywiście zrobiłam sobie za mocnego drinka i aż mnie otrzepało – christosie, co za straszliwa berbelucha.... bryyy.
Czekałam na synka, aż wróci, bo sobie pomyślałam, że lepiej poczekać i otworzyć mu drzwi, niż wstawać z łóżka i tupać bosymi stopami w zimne kafelki w biegu do drzwi. Więc siedziałam sobie samotna, bo mąż poszedł spać. Trochę pisząc, trochę stawiając pasjanse, trochę oglądając polską tivi. O 4 rano zrezygnowałam z czekania, wlazłam pod kołdrę. A ten synek, to chyba specjalnie złośliwie, wrócił 22 po 4, właśnie zasypiałam. Okazało się, że poszedł do Sama i że z nim wylądował na egipskim weselu.....
Zasnęłam, mając przed oczyma wyobrażone weselne egipskie tańce.

jolajola1 - 03-01-2009, 18:10

2 stycznia
Wczesne wstawanie, dokończyć pakowania. Wczesne śniadanie. Dzieci biegną zrobić słodkie przedwyjazdowe zakupy. I nabyć dwie szisze dla kumpli synka. My poszliśmy na półtorej godziny na plażę, wiatr dziś prawie znikł. Cudownie cieplutko było, nie trzeba się było chować za parawanem. Szkoda tylko, że tak krótko.
Do hotelu, znosimy bagaże. Dzieci jeszcze pobiegły do tego pomalowanego egipskiego Włocha i .... spóźniły się na autobus. Niewiele na szczęście, tylko kilka minut. Ale mąż juz zaczął warczeć.
Autokar zbiera powracających z 5 hoteli, lotnisko wygląda jak strefa zmilitaryzowana, zasieki, wąskie bramy wjazdowe, w sumie 5 razy się przechodzi przez bramki, 4 razy z bagażem i raz tylko z torbami podręcznymi. Na wolnocłówce poszłam wydać jakoś te 53 funty, co mi zostały. Wypatrzyłam krem do paszczy, tańszy niż u nas. Zabrakło mi 2 funtów, rozłożyłam ręce przy kasie, ze więcej nie mam... Czy się targowałam? Chyba nie, raczej robiłam za ofiarę losu. Więc mi sprzedał ten krem, ale ni dostałam paragonu. Ot, Egipt.
Samolot w drodze powrotnej leciał prze chwilę nad południowym odcinkiem Kanału Sueskiego. Zapadł zmrok.
W Pyrzowicach wyładowaliśmy w niedbale padającym śniegu, temperatura minus 7. W domu byliśmy mocno po północy. Spać
Spać.
Spać.

Łukasz - 13-02-2009, 20:52

Ja jutro wyjeżdżam do Czech, a do miasta Jańskie Łaźnie. Będę tam tydzień na nartach, a w piątek za tydzień wracam. Nawet nie chcę myśleć jakie zaległości mnie będą czekać na tym forum :O No, ale i tak się cieszę, że jadę, a wogóle lubię podróże :) Już o szóstej rano wyjazd :D
Al Arab - 22-02-2009, 17:33

W Pradze bede 1 kwietnia,piekne miasto.Bede ostrozny,bo w koncu czycha tam "Monstrum".Jesli mnie nie dopadnie,uda mi sie zobaczyc starowke i most Karola.
Ledwo kilka godzin tam pobede,potem wracam do kraju.
Naprawde powazna podroz planuje pod koniec tego roku.Chcialbym wybrac sie ne 3,4 tygodnie do Peru.Narazie zbieram pieniazki.Pomyslcie tylko:zobaczyc na wlasne oczy Machu Picchu,Cusco,jezioro Tititaca,las tropikalny,Andy.
Moje marzenie od kilkunastu lat nareszcie moze sie spelnic!Dodam ,iz interesuje sie rowniez cywilizacja Inkow;ogolnie lubie historie.
;-)

Vaughn - 26-02-2009, 13:38

Ja uwielbiam podróżować.Byłem już w Bułgarii,Grecji,Paryżu,Tajlandii i Brazylii(Kochani rodzice :jumper: )W te wakacje jadę do Egypt-u tym razem na w własną rękę.W każdym razie wszystkim polecam Tajlandię,Piękne widoki :P zabytki i po prostu cud miód i orzeszki.Oprócz tego oczywiście Brazylie,pewnie niektórym bardziej by się spodobała niż Tajlandia,jest tam czyściej,szczególnie plaże są o wiele bardziej zadbane niż te tajlandzkie
x*kinga*x - 01-03-2009, 15:19

Menkaure uwielbia Grecję, a ja - Szwecję :P Tam właśnie wybieram się z rodzicami zaraz na początku wakacji. To był oczywiście mój pomysł, wcześniej rodzice chcieli zabrać mnie na wakacje do Anglii ale postanowiłam zrobić wszystko co w mojej mocy by zgodzili się na podróż do Szwecji. Udało się, teraz tylko trzeba niecierpliwie czekać 4 miesiące do wakacji :) Ale cieszę się jak nigdy wcześniej, a byłam już w Niemczech, Czechach, Rosji i we Włoszech - i tą podróż wspominam, jak dotąd, najlepiej.
Hrithik_Roshan - 23-05-2009, 15:50

Grecja, Szwecja, Tajlandia.

Ja wybrałem się jednak do Czarnocina oczywiście na wycieczke integracyjną z klasą.
Było genialnie!!!
Ośrodek zwie się "Frajda" i jest bardzo przyjemnym miejscem.
Pokoje schludne, ciekawe wnętrze. Ogólnie wszystko bardzo na tak.
Instruktorzy i cały pesronel również jest gody pochwalenia.
Idą na rękę i ciekawie prowadzą swoje zajęcia.
Sportowych atrakcji do wyboru jest mnóstwo (zjazd na tyrolce, zabawy linowe, wspinaczka, bryczka, jazda konna itp itd).
My wybraliśmy wspinaczkę po ściance, kajaki i rowery.

Poszedłem na skazanie wspinaczkowe i o dziwo udało się, dotarłem na samą górę jako jedyny, generalnie miałem radochę bo szpanerzy z mojej klasy sobie nie poradzili. Dziewczyny śmigały też w górę jednak nikomu się nie udało pobić rekordu.
Kajaki to również świetna rozrywka, Siedziałem w jednym z moją Wąsikową.
Podpływaliśmy do każdego i oblewalismy wodą. Naprawdę zabawa była przednia - polecam wszystkim.
Obserwowałem zabawy na linie i zjazd na tyrolce innej grupy.
Zoragnizowane to jest świetnie - w lesie między drzewami (most linowy, wspinaczka, tyrolka, huśtanie się). Oczywiście kaski i pełna asekuracja.
Dodatkami były słynne dyskoteki wycieczkowe, podchody i ognisko.
W sumie wszystko zależało od wychowawców i instruktorów, jak się oni dogadali tak było.

Jestem w 100% zadowolony bo naprawdę wyjazd był mega udany.
Fajna okolica, ciekawie spędzony czas i znajomi.
Polecam każdemu na wycieczkę osobistą i grupową, zadowolenie gwarantowane.

Jedyne minusy to
KOMARY, które są w lesie i nad zalewem.
Dają się we znaki i to porządnie.
JEDYNY SKLEP, który dodatkowo ma dzikie godziny otwarcia
od 7-12 i od 16-20.
MIEJSCOWI, nie spotyka się ich często, a jeśli już to w spotkaniu nie wykazują się minimalną kulturą. Tyczy to się gówniarzy w wieku 10-13, ale instruktor mówił żeby nie wdawać się z nimi w dyskusje bo teraz jest 3, a wyskoczy 50.

STRONA FRAJDY : http://www.frajda.com.pl/

___
A oto mini-relacja w wersji foto dla zainteresowanych:




Sas_ - 20-09-2009, 12:07

Marzy mi się podroż dookoła świata ale na początek może zwiedziła sobie coś w Europie a potem bym sobie pojechała zwiedzić Azję. Indie, Chiny, Tajlandia, Japonia, może do Kambodży. Wiem ze te wszystkie miejsca były w TR ale to nie jest mój jedyny powód aby tam pojechać, głównie chciałabym zwiedzić, zobaczyć co nieco, poznać kulturę, ponurkować gdzieś i znając moje głupie pomysły jeszcze pobiegać po dżungli , po wspinać się na coś czy jeszcze coś innego XD . W Indiach chciałabym skosztować ich tabaki, ogólnie chyba ze mnie tabaczany koneser, ach hobby sobie znalazłam XD . Ach marzenia na taką podróż warto mieć, byc może kiedyś się spełnią :D .
Kalisto - 24-09-2016, 19:27

Byłam na wycieczce w Egipie, zwiedzałam świątynie Haczepsut. Mielismy ok 2 godź czasu na samodzielne zwiedzanie, za co się ochoczo zabrałam. Potem zaczełam kierować się na miejsce zbiórki na parkingu. Po drodze były kramy nie chciałam nic kupować, a 1 arab wciągną mnie do namiotu i probował ściągnąć ze mnie ubranie. Szybko z tamtąd uciekłam i biegne na parking. Naszczęście nikt mnie nie gonił. Byłam 30 min przed czasem, a tu nie ma mojego autokaru. Pokręciłam się po okolicy, ale nie było innego parkingu. Więc zastanawiałam się co tu zrobić. Przewodnik nie podał numeru tel. Miałam do wyboru: zaczepich ochrone i prosić o pomoc, łapać stopa do następnej lokacji-Karnak, biec do Nilu i wzdłuż niego na miejsce, wybrać sobie jaskinie, w której spędze noc. Nagle nadjechał bus z tej firmy ale zupełnie inna wycieczka. Więc powiedziałam kierowcy co się stało, ten zadzwonił i za chwile przyjechał mój bus. Okazało się że nie policzono uczestników tylko zapytano czy są wszyscy jak tak to pojechali, bo reszcie się nie chciało zwiedzać i przyszli dużo wcześniej.
W świątyni Karnak przechodziłam koło miejsc, które były wzorem dla gry. Zauważyłam 2 chłopaków, którzy przyglądali się kolumną. ! stwierdził że by sie po nich powspinał i poskakał, 2 że takie się często zawalały w Tomb Raider. Innego dnia na wycieczce pod piramidami zauważyłam tych samych kolesi którzy skradali się ostrożnie do wejścia piramidy tak jakby bali się że na nich runie.
W Tunezji zwiedzałam budowle przypominającą koloseum, ale o wiele lepiej zachowaną. Zajrzałam w każdy kąt,stałam na arenie i weszłam do podziemi. Były tam cele, weszłam do jednej. Popatrzyłam na zegarek i okazało się że mam 30 min do zbiórki. Więc zaczełam biec. Budowla jest okrągła i pomylił mi się kierunek bo nie było wyjścia, myśle dobrze okrąże to. Jednak wydawał się nie mieć końca a czas uciekał. W końcu zobaczyłam szczeline, przez, którą się wyczołgałam. Byłam na arenie, okazało się że stoi tam wycieczka i się ze mnie śmieje. Biegłam na parking i jak się okazało czekalismy jeszcze długo na gapowiczów.
Często mam tak że w podrózy różne rzeczy mi się przytrafiają. W turcji zgubiono mój bagaż znalazł się dopiero przy odlocie, żyłam tydzień tylko z garstką rzeczy, czasami pilot wycieczki niewiele wie o miejscu, po którym oprowadza. Mnie to nie przeszkadza potrafire zwiedzić dokładnie każdy zakątek, bez kręcenia się w kółko, czyżby lata praktyki w eksplorowaniu gry?

Menkaure - 27-09-2016, 11:39

Ej, w tym Egipcie to byłaś ostatnio? Wybieram się w tym roku na wczasory, ale slyszałem, że jest niebezpiecznie.
Dzięki :)

Kalisto - 27-09-2016, 17:07

W egipcie byłam w 2009 i 2010 r. jak będziesz się trzymał tylko hotelu to nic ci nie będzie bo jak pójdziesz na ruiny albo miasto to możesz dostac si.ę w sam środek zamieszek.
Byłam także w Horwacji, Włoszech, Czechy,Słowacja, Węgry, Rumunia, Niemcy, Turcja, Grecja, Kreta, Santorini, Tunezja, Maroko, Izrael i Jordania

Mr Macphisto - 27-09-2016, 19:59

Kurwa, aż musiałem się zalogować, żeby oficjalnie skisnąć z tego :D

No więc kisnę.

Przepraszam, dziękuję, do widzenia.

olo2225 - 28-04-2017, 10:30

Nie bardzo rozumiem o co tutaj chodzi :P
ramosek23 - 24-06-2017, 22:35

chciałby ktoś wyjechać w podróż do Australii? ja mam zamiar ale szukam towarzysza


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group